piątek, 22 lutego 2019
Do dziesięciu
Uporczywe pukanie do drzwi nie cichło od dobrych paru minut. Widocznie ktoś po drugiej stronie nie planował w najbliższym czasie odpuścić.
- Rivian!
Głośny krzyk dotkliwie ranił moje uszy choć nijak miał się do dźwięku uderzania pięściami o drewno. Nie, po prostu głos był zbyt znajomy i przyprawiał o ból w okolicy serca. Dlatego też zdecydowanym, niemal precyzyjnym ruchem zatopiłam metalowe urządzenie w delikatnej skórze nadgarstka. Ledwie po tym na dywan zleciały pierwsze krople krwi, niszcząc przy tym jego biały kolor. A przecież to dopiero początek.
Raz, za jego głos.
- Riv, do cholery!
Dwa, za ból którego nie sposób opisać słowami.
A było tak pięknie. Długie, leniwe dni...nie. Skoro podjęłam decyzję wypada bym choć raz w życiu była szczera. To nie były leniwe, piękne chwile, które z wdzięcznością można zachować w pamięci. To były burzliwe noce, niosące ze sobą odór potu, dymu. Litry lanego bez oporu alkoholu, obskurne lokale godne najbardziej staczających się ludzi. Walające się, zakrwawione strzykawki w każdej kabinie równie odrzucającej łazienki. Wulgarne, często zboczone napisy zdobiące ściany. Brudna podłoga, na której z łatwością można było dostrzec pety, szkło, kurz. Innymi słowy mój drugi, choć jedyny dom.
-Otwórz, do cholery!
Trzy, za każdą noc której nie pamiętam.
Wstyd mi nawet o tym myśleć. Jak nisko upadłam dla odrobiny przyjemności, kończącej się zawsze kacem lub stanem bliskim śmierci. Ile to już razy czekałam na nią, leżąc na mrozie, w kałuży własnych wymiocin, z rozmazanym od płaczu makijażem. Ile to już razy wracałam tutaj od progu będąc witaną krzykami i pięścią ledwo o milimetr mijającą mój policzek. Ile to już razy padałam pobita na zimną podłoge, przyrzekając sobie, że więcej na to nie pozwolę.
-Rivian! Otwórz!
Cztery, za to, że nie dane mi było zaznać prawdziwej miłości.
Mama zawsze mówiła, jak to moje imie wiąże się z najpiękniejszymi wspomnieniami jej życia. Nigdy tylko nie wyjawiła jakimi. Mimo to zawsze, kiedy o tym napomknęła jej oczy rozjaśniały małe ogniki co pozwoliło mi myśleć, że nie kłamie.Aa potem mnie zostawiła. Tak po prostu obiecała powrót, a wraz z przyjazdem pod dom policji wiedziałam, iż nigdy nie wywiąże się z danego słowa. Kłamała!
- Rivuś, ostrzegam cię!
Pięć, za to że na mojej drodze stanął On.
I poraz kolejny miłość chciała ze mnie zakpić. Jakbym chodziła z ogromną tabliczką 'ta tutaj nie zaznała jeszcze odpowiedniej dawki cierpienia'. Był taki błyskotliwy, szarmancki....Boże, czy można pomylić się jeszcze bardziej? Ledwo dałam omiotać się tym cudownym czekoladowym oczom, a już zostałam jego zabawką. I mimo wszystkich siniaków, wylanych łez i krwi, nie mogłam go zostawić. Zawsze wracałam. Czy tak właśnie wygląda toksyczny związek?
- Jak cię złapie ty mała...
Sześć, za to jak łatwo oddawałam mu własne ciało.
Poranki, gdy budziłam się naga przy jego boku, czując wstręt do własnej osoby. Przecież go kocham, przecież on też mnie kocha, ale dlaczego te słowa brzmiały jak kłamstwo nawet w mojej głowie? A kiedy dawałam radę przekonać siebie na to beznadziejne kłamstwo, budził się również on. spoglądał na mnie w ten obleśny sposób, jego spocone palce wodziły po moim udzie, nie znosząc sprzeciwu. I znowu długi prysznic, bezcelowe próby usunięcia jego dotyku. Histeria i płacz. Już nie pamiętam jak często drapałam ciało niekiedy do krwi, starając się tego pozbyć. Nigdy nie działało.
-Riv!
Siedem, za to, że w pogoni za milością stałam się tak naiwna.
Ale o tym już mówiłam, czyż nie? Te początkowo piękne chwile w jego ramionach. Nikłe bezpieczeństwo, którego kurczowo się łapałam niczym koła ratunkowego. Łatwo było zapomnieć i wierzyć w 'Kocham cię' nawet po kilku pierwszych pobiciach i poniżeniach. Ufałam tym pięknym czekoladowhm oczom, pełnym łez kiedy niemal krzyczały, że się poprawią. Wierzyłam tym pełnym ustom, gdy mówiły że dzięki mnie wyjdą na prostą. Dałabym się pociąć za te silne ramiona niemie twierdzące, że dla mnie są gotowe rzucić całe to bagno.
- Rivian!
Osiem, za to, że nie uciekam, gdy miałam okazję.
To było tak dziecinnie łatwe. Walizka została spakowana już dawno i z gotowością czekała w przedpokoju, ale ja musiałam się zawachać. Tyle właśnie wystarczyło, by on wrócił i wyżył się na mnie za niepowodzenia jakie mu towarzyszyły przez cały wieczór. Bym sama go przepraszała łkając cicho w kącie zasyfionego pokoju. Bym była gotowa spełnić każdą jego zachciankę w nadziei, że nie podniesie na mnie ręki poraz kolejny.
-Masz ostatnią szansę! Wyjdź, a wszystko będzie jak dawniej!
Czy aby na pewno? Choć z drugiej strony, dla niego to bez różnicy. Jeśli wyjdę, znów stanę się jego zabawką. Lecz najpierw mnie ukaże, tak bym wiedziała że nie mogę tak nigdy więcej zrobić. A potem się uśmiechnie w ten idealny sposób, posadzi sobie na kolanach i szepnie w ucho słodkie słówka, w które dawno przestałam wierzyć. Dom? To ten burdel, pełen pustych butelek i puszek. Rodzina? To nasz patologiczny związek. Małżeństwo? Najwyżej to o północy w Vegas, kiedy oboje będziemy pod pełnym władaniem alkoholu. Ale przecież dla niego każde kłamstwo jest dobre, a ja naiwnie je chłone w wierze na lepsze jutro.
Dziewięć, za wszystkue kłamstwa.
- Wchodzę!
Za późno. Dziewieć cięć już szpeci mój nadgarstek, a krew swobodnie leje się na podłogę. Z ostatnim czekam jeszcze chwile, chcąc ostatni raz ujrzeć postać niosąca wiele zła do mojego życia. W roztargnieniu patrzę na muskularne ciało, pokryte tatuażami, kwadratową szczękę, tak dobrze znaną mi twarz teraz wykrzywioną czystą furią. I bez wachania dokonuję ostatniego cięcia, wiedząc, że obraz który mam przed oczami jest ostatnim na tym świecie.
Dziesięć, za to, że nadal wbrew wszelkiej logice kocham Theodorica McCalla.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz