Gdyby ktoś zapytał jakim cudem wylądowałem na imprezie prawie siedemnaście godzin jazdy od mojego domu, ciężko byłoby to wytłumaczyć.
Bo właściwie co takiego mógłbym odpowiedzieć?
Prawda wyglądała tak, że od niemal trzech miesięcy szukałem kontaktu z dziewczyną, która tak się składa po tak długim czasie w końcu wyszła z domu na dłużej niż pięć minut i ponownie tak się składa, że za cel wybrała sobie akurat oprawioną alkoholem zabawę. Typowe, naprawdę typowe.
Nie wymagałem od niej wiele. Liczyłem tylko, że gdy w końcu postanowi zrobić coś ze swoim życiem, będzie to miało jakiś związek z wypadem na miasto, albo czymś w tym stylu.
No więc gdyby ktoś zapytał, nie mógłbym szczerze odpowiedzieć w sposób, który nie robiłby ze mnie stalkera.
Przejechałem ręką po włosach, zastanawiając się nad następnym krokiem. Wbrew pozorom to nie odnalezienie konkretnych ludzi spośród siedmiu miliardów na tym świecie stanowi problem. Można to nazwać zadaniem zupełnie banalnym w obliczu tego co nadchodzi później.
W tym wypadku sprawa jeszcze bardziej się komplikowała. Pierwszy raz miałem do czynienia z takim przypadkiem i zupełnie nie potrafiłem przewidzieć czego należy się spodziewać. W mojej głowie powstało tysiąc najróżniejszych wariantów, ale żaden nie przygotował mnie na to, że ta jedna konkretna dziewczyna tak po prostu wyląduje w moich ramionach. Dosłownie.
-Przepraszam - zaśmiała się i zrobiła nieco chwiejny krok w tył. Czy naprawdę nie mogłem wymagać by nie upijała się do stopnia, który uniemożliwiał normalną komunikację? Najwyraźniej nie.
-Margeary Livingstone? - zapytałem, tak dla absolutnej pewności.
-Mare - chyba mogłem potraktować to jako potwierdzenie. - Znamy się?
Przyjrzała mi się uważnie, myśląc intensywnie. Litości. W takim stanie upojenia alkoholowego nie byłaby w stanie poprawnie policzyć wszystkich palców u jednej ręki, a co tu dopiero mówić o przypomnieniu sobie mojej twarzy.
-Raczej nie - oszczędziłem jej trudu dalszej analizy. - Nazywam się Gabriel Reagan.
-Oooo... ten Gabriel - powiedziała to tak pewnym tonem, że na moment straciłem rezon. - Zupełnie nic mi to nie mówi.
-Mare, chodź do nas! - Niska brunetka, w której od razu rozpoznałem organizatorkę imprezy mającej na celu jedynie upić nieletnich, Angele Sherman, krzyknęła, jednocześnie wychylając się zza balustrady schodów do tego stopnia, że raptem sekundy dzieliły ją od upadku. Na szczęście dzięki szybkiej interwencji chłopaka stojącego obok obeszło się i bez tej dramatycznej sceny skręcenia karku. Serio, w takich chwilach zaczynałem wątpić w moje pokolenie. Bardzo, ale to bardzo wątpić.
-Muszę iść - Margeary uśmiechnęła się do mnie przepraszająco i wzruszyła ramionami jakby chcąc powiedzieć 'co mam poradzić?'
-Poczekaj chwilę - złapałem ją za rękę. Może i było to nachalne z mojej strony, ale zdecydowanie nie zamierzałem czekać kolejnego miesiąca by z nią porozmawiać. - Muszę zamienić z tobą słowo.
-Taaak, jeszcze mi powiedz, że musisz to zrobić w jakimś ciemnym i odosobnionym miejscu.
-Margeary, proszę.
-Jestem Mare. Nie Margie, nie Margeary, po prostu Mare. Jasne?
Miałem na końcu języka, że to zupełnie bez sensu, w końcu skoro masz już jakieś imię to z niego korzystaj, a nie bezsensownie zdrabniaj, jednak Margeary wcale nie wyglądała jakby chciała polemizować na ten temat. W sumie nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną polemizowaniem ze mną na jakikolwiek temat.
-Mare, idziesz czy nie? - Angela również nie grzeszyła cierpliwością, a balustrada ponownie groziła upadkiem.
-Chwileczkę! - Dziewczyna odkrzyknęła, nawet nie patrząc w tamtą stronę. - No mów.
To było trudniejsze niż przypuszczałem. Zazwyczaj szło gładko. Miałem do czynienia z geniuszami, którym nie tak trudno było uwierzyć w moje słowa. Zdarzali się też ludzie, który pojęli, że różnią się od reszty nim jeszcze ich odnalazłem, wtedy zaś moje słowa traktowali jedynie jako potwierdzenie swojej inności. Tymczasem Margeary wydawała się zupełnie normalna, choć przecież powinna wykazywać zadziwiające oznaki swojej odmienności.
-Możemy się umówić? W inne miejsce? Na spokojnie? - I bez alkoholu, ale tego chyba nie powinienem dodawać jeśli nie chciałem jej dodatkowo zdenerwować.
-Proponujesz mi... randkę? - Niedowierzenie na jej twarzy mogłoby mnie zranić, gdybym tylko nie był równie zdumiony.
-Nie! W żadnym razie - okej, mogłem to ująć nieco inaczej, bo teraz to ona wydawała się niemile zaskoczona. Czy ta rozmowa mogła przybrać jeszcze gorszy obrót? - Po prostu muszę z tobą koniecznie porozmawiać.
-Och, oczywiście. Obcy ludzie często proponują mi spotkania, które nie są randką. Właściwie to wszyscy chcą ze mną rozmawiać, taka ze mnie towarzyska bestia - mówiła jednym ciągiem, bez namysłu. Byłoby to całkiem urocze, gdybym tylko nie był coraz bardziej zirytowany całą sytuacją.
-Proszę. To ważne.
Nie wiem co usłyszała w moim głosie. Może desperację na tyle wyraźną, by wzbudzić jej czujność. Faktem jest, że na jej twarzy w moment odmalował się strach. Już nie byłem przypadkowym gościem, który ot tak do niej zagadał. Byłem kimś kto za wszelką cenę nie chciał dać jej spokoju, a to już wzbudzało niepokój.
-Muszę już iść.
-Margeary, wiem jak to wygląda, ale uwierz mi, że... - błędem z mojej strony był krok, który mimowolnie zrobiłem w jej stronę. Nim jeszcze stopą dotknąłem ziemi, poczułem opór na tyle silny, by zmiotło mnie lekko w tył.
Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, spoglądając to na mnie to na swoje ręce. Lata praktyki pozwoliły mi niemal do perfekcji opanować sztukę czytania z ludzi. Jej reakcja z góry pozwoliła mi założyć, że to co się właśnie wydarzyło wzbudziło w niej niepokój, ale z całą pewnością nie ogromne zaskoczenie. To nie był pierwszy raz. Już wcześniej musiały jej się zdarzyć podobne sytuacje.
-O tym właśnie musimy porozmawiać - wychwyciłem swoją szansę. - Jeśli mnie nie wysłuchasz będzie tylko gorzej.
-Theo... Theo, to znowu się dzieje. Przecież obiecałeś... - mamrotała sama do siebie, dygocząc coraz bardziej na całym ciele.
-Na imię mam Gabriel. - Okej, biorąc pod uwagę, fakt, że stanowiłem kogoś w rodzaju nadprzeciętnego geniusza, powinienem nieco wcześniej zrozumieć, że dziewczyna wcale nie zwracała się do mnie.
-Hej, Mare! Andrew kompletuje drużynę do piw ponga, przyłączysz się? - Angela zaniechała prób wołania przyjaciółki z zabójczej (a przynajmniej w jej stanie upojenia alkoholowego) werandy i niepodziewanie pojawiła się tuż obok nas. Jej niepodzielna uwaga szybko zapomniała o tej jakże pierwszorzędnej sprawie, gdy jej wzrok spoczął na mojej osobie. Z dezaprobatą musiałem przyznać, że niestety nie wyglądała na szczególnie zaniepokojoną. Obcy facet wprasza się na jej domówkę. Normalka. Jak ja nienawidziłem pijanych nastolatków. Zdecydowanie. Nienawidziłem. - Ooo, cześć!
-Piw pong? - zapytałem, pomijając formalności w postaci przedstawienia się, czy chociażby przywitania. Znacznie bardziej interesował mnie fakt, że nie miałem pojęcia co oznaczają te dwa na pozór proste słowa.
-Taki ping pong, tylko no wiesz, z dodatkiem piwa. Chcesz się przyłączyć? Co prawda Alex już zebrał całą drużynę, ale jeśli Mare odstąpi ci miejsca to Andrew... - spojrzała na przyjaciółkę i słowo daję, że momentalnie otrzeźwiała. - Mare, wszystko w porządku?
-Nie, nie, nie... Theo obiecał, że nad tym panuje, że nie pozwoli...
-Mare? O czym ty do cholery mówisz?
-Muszę wracać - blondynka podniosła nagle głowa, pełna determinacji, ale i strachu. Głównie strachu. - Muszę wracać... ja po prostu... Theo musi to naprawić.
-Oszalałaś. - Angela wyglądała jakby ktoś właśnie z całą siłą ją spoliczkował. - Wiesz, co musisz zrobić, Mare? Z chęcią ci powiem. Musisz się ogarnąć. Musisz zacząć żyć i musisz przestać być taką egoistką. Nie po to Theo tyle poświęcił, żebyś teraz zachowywała się jak opętana.
-Nie masz o niczym pojęcia! Nigdy nie potrafiłaś zrozumieć, nigdy nie zdołałaś dotrzeć tak daleko! Z całych sił chciałaś mnie zastąpić, ale... on wybrał mnie. Jak zawsze wybrał właśnie mnie.
Odwróciła się nim na twarzy Angeli zdążył pojawić się wyraz bezgranicznego bólu. Był to ten rodzaj cierpienia, który wręcz nawołuje do pomocy i wsparcia. Do zrozumienia. Niestety, nawet gdybym chciał jej coś powiedzieć, jakkolwiek pomóc, sytuacja nie pozostawiła mi żadnego wyboru. Ruszyłem za dziewczyną, która nieświadomie mnie tu zaprosiła, i która jak się okazywało mogła okazać się większą wariatką niż z początku myślałem.
Zbyt często zdarzało mi się zapominać, że geniusz, nigdy, ale to przenigdy nie idzie w parze z obcowaniem z ludźmi. Ludzi nie można rozpracować. Nie można ich przejrzeć. Największe umysł świata nie są w stanie pojąć tajemnicy jaką stanowi człowiek. Sytuacja komplikuje się szczególnie wtedy, gdy ten tak zwany geniusz ma styczność ze średnio zrównoważoną dziewczyną. Wtedy logika wali się na łeb na szyję.
Sytuacja przybiera dość niezręczny obrót i nagle już nie jestem jedynie stalkerem, a kimś w rodzaju jawnego prześladowcy. Margeary idzie zaledwie trzy kroki przede mną, nie do końca sygnalizując, że w ogóle zdaje sobie sprawę z mojej obecności. Krok ma chwiejny, co można łatwo wytłumaczyć, jeśli założy się, że alkohol plus brukowana ścieżka plus nienormalnie wysoki obcas to kiepskie, jeśli nie wręcz beznadziejne połączenie. Właściwie równie dobrze mógłbym się przyczepić również do pozostałej częśći jej ubioru. Nie żeby nie wyglądała dobrze. Bo wyglądała. Nie rozumiałem tylko dlaczego ten dobry wygląd musiał być tak niepraktyczny. Krótka sukienka na podróż w wyjątkowo zimny wieczór? Jak już wspomniałem, logika nie bardzo miała tu rację bytu.
Nie byłem też pewien dlaczego tak kurczowo przyczepiłem się myśli dotyczących jej wyglądu. Chyba zwyczajnie cała reszta była zbyt ciężka do przebrnięcia. Zbyt wiele czynników sprawiało, że ta na pozór prosta misja, nie przybierze zamierzonego przeze mnie obrotu. Ten przypadek był inny od reszty. Gorszy. Boleśniejszy. Wymagający wyczucia, którego, choć ciężko się przyznać, zwyczajnie było mi brak.
-Nie oszalałam. - Jej cichy głos zupełnie mnie zaskoczył.
-Słucham?
-Pewnie myślisz, że mi odbiło...że coś ze mną nie tak. Ale jestem normalna, przysięgam. - Przy ostatnim słowie już niemal szeptała.
Tak bardzo nie chciałem czuć do niej współczucia. Byłem tu, bo tego ode mnie wymagano. Robiłem tylko to co należy. I łatwo było tym pamiętać wśród tłumu, gdzie irytacja do pijanego towarzystwa wystarczyła by nie odczuwać żadnych innych emocji. Ale teraz? Byliśmy dwójką ludzi idących pustą ścieżką. Panował mrok, a w nim zbyt wiele emocji. Miałem ochotę krzyknąć. Miałem ochotę odejść. Miałem ochotę kazać iść jej w cholerę. Miałem ochotę wyrzucić z siebie tak wiele, obarczyć ją całym bagażem swojej nienawiści. Problem w tym, że nie mogłem. Margeary była tylko przybitą dziewczyną, która miała wielkie kłopoty. I wiele na sumieniu. Była tak samo nieszczęśliwa i tak samo przybita.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz