piątek, 22 lutego 2019

Scarlett 1

Biegłam.
Jedna z pierwszych lekcji stryja Xandera brzmiała: ,,Jeśli nie masz dokąd uciec, uciekaj w las''. Moje zmysły o wiele lepiej działały w naturalnym środowisku, co automatycznie dawało mi większe szanse na przeżycie. Jednocześnie jednak musiałam liczyć się z faktem, że moi oprawcy również stawali się przez to lepszymi tropicielami. Nie mniej ich przewaga nie była miażdżąca.
Gdzieś w oddali zawył wilk. Głupcy. Zaślepieni szałem polowań nawet nie przyjmowali do wiadomości, że ich zdobycz może im się wymsknąć. Przez to stali się nieostrożni, komunikując się w ten sposób jasno określali mi swoje położenie. Gwałtownie skręciłam na wschód. Drzewa były tu znacznie gęstsze, a ich gałęzie sięgały znacznie niżej, wobec tego nawet z moim szybkim refleksem nie byłam w stanie uniknąć notorycznych potknięć. Co ostrzejsze gałązki raniły mnie w nagie nogi, ale to również nie miało znaczenia. Musiałam biec, znaleźć względnie bezpieczne schronienie, przeczekać łowy i przeżyć. To była moja najważniejsza misja. Utrzymać się przy życiu. Utrzymać nas przy życiu.
Tak podpowiadał mój instynkt. Wewnętrzne zwierze, z którym utożsamiałam się bardziej niż zwykle, nakazywało mi przetrwanie. I choć zawsze czułam się dumna z tej części mojej natury, to w tej konkretnej chwili nie mogłam nie odnieść wrażenia, że zatracam człowieczeństwo i uczucia, które powinnam do siebie dopuścić. Straciłam tak wiele. Odebrano mi wszystko co kochałam. Właśnie z tym wiązała się moja krwawa spuścizna, a już szczególnie od nadejścia Wielkiej Wojny. Mimo to przyjmowałam swoje dziedzictwo z uniesioną głową, godząc się na wszystko z czym to się wiąże. Zupełnie inaczej niż teraz, uciekając z podkulonym ogonem. Czując się jak zając goniony przez wilki.
Ściółka pod moimi stopami stała się wilgotna od porannej rosy. Chwila nieuwagi wystarczyła bym ponownie straciła równowagę i tym razem nie dała rady powrócić do pionu. Jak kłoda stoczyłam się po skarpie, do krwi przegryzając wargi, byleby tylko nie pozwolić sobie na krzyk zaskoczenia i bólu. Krzyk zwiastowałby naszą zgubę, przekreślenie tego wszystkiego o co nadal musiałam walczyć. Od teraz samotnie.
Rozpaczliwie próbowałam spowolnić upadek, dłońmi chwytając się kępek trawy i opadłychliści. Nadaremnie. Możnaby pomyśleć, że powinnam odznaczać się o wiele większym refleksem i sprawnością fizyczną, ale mój organizm nie działał już na moją obronę. Byłam skazana na własne, ludzkie siły. Las dodawał mi otuchy, ale i niósł ze sobą wiele zdradzieckich pułapek, na które nie mogłam czuć się przygotowana. Impet uderzenia odebrał mi dech w piersi, a pierwszy szok nie pozwolił na poruszenie choćby małym palcem u stopy. Leżałam na wpół na ziemi, na wpół zanurzona w lodowatej wodzie strumyka. Nie miałam pewności na ile moje ciało ochroniło się przed upadkiem, nikt wcześniej nie wyjaśnił mi dokąd sięga granica. Obiecywano mi bezgraniczne bezpieczeństwo. Każde pytanie zbywano machnięciem ręki, wszak nerwy mogłyby mi jedynie zaszkodzić. I dzięki temu, w obecnej sytuacji strach wydawał się nie do opanowania. Kiedyś, w poprzednim życiu byłam wojowniczką. Później stałam się niewolnicą nakazów, etyki i bacznych spojrzeń. Złagodniałam i straciłam czujność.
Załkałam niemo, gotowa się poddać. Kogo ja chciałam oszukać? Bez swoich zdolności i gorącej krwi byłam nikim. Głupią dziewczyną pośrodku lasu. Ranną zwierzyną. I kiedy już pozwoliłam sobie na takie myśli, ogarnął mnie gniew. Od kiedy nie byłam w stanie o siebie zadbać? Od kiedy czekałam z ugodą na śmierć? Od kiedy zatraciłam wolę walki?
Nic z tego nie uczyniło mnie królową i nic z tego nie pozbawi mnie tytułu. Nie za to Derrick obdarzył mnie miłością i nie za to umarł. Nie moją drogą było do niego dołączyć. Obarczył mnie odpowiedzialnością za swój lud, dał mi wszystko co mogło zagwarantować mi osiągnięcie celu, więc musiałam zrobić wszystko, a nawet więcej by dopełnić jego wolę do końca.
Zebrałam w sobie resztę sił i nie bacząc na ból, przeczołgałam się dalej na brzeg. Wówczas bardzo ostrożnie zaczęłam oceniać swoje rany. Ręce, jak zdążyłam już zauważyć, były w pełni sprawne. Prawa noga tak samo. Przy lewej zaczynał się problem. Złamana kostka znacząco utrudniała dalszą ucieczkę, aczkolwiek nie czyniła jej niemożliwej. Po tych pierwszych oględzinach przyszła pora na inne, bardziej szczegółowe, które napełniały mnie prawdziwą grozą. Upadając, niejednokrotnie uderzyłam się w głowę, ostatecznie zaś wylądowałam na brzuchu. Coś podobnego mogłoby zabić nie jednego człowieka i choć mogłam znieść więcej niż taki człowiek, nie byłam nieśmiertelna.
-Musimy się trzymać, prawda? - Wyszeptałam z nadzieją w głosie. Czułam się fatalnie, a to mogło znaczyć tylko tyle, że to nie na mnie skupiała się cała siła wilczej natury. Z ciągłą obawą, delikatnie dotknęłam brzucha. - Oby ci służyło.
W pewnym sensie dodało mi to otuchy.
Podnosząc się do siadu, czułam jak świat wiruje dookoła, a krew zalewa mi oczy. Nie mogłam zrobić nic, poza tamowaniem krwawienia rozciągniętym rękawem swojej koszuli. Niewiele, zważywszy na fakt, że cieniutki materiał bardzo szybko sam zaczął przeciekać. Musiałam się pospieszyć, albo chociaż wymyślić coś skuteczniejszego, w przeciwnym wypadku to nie łowcy sprowadzą na mnie śmierć.
Łowcy. Zadziwiające jak bardzo to miano odbiegło od swojego pierwowzoru. Dawniej to ludzie na nas polowali. Nie mogliśmy się ujawniać, zawsze wiązało się to z ryzykiem. W obecnych czasach, śmiertelników obawialiśmy się najmniej. Teraz to bracia zwracają się przeciw braciom. Przelana krew własnej rasy nie budzi już oburzenia i sprzeciwu, stała się normą. Od lat walczymy międzysobą o przetrwanie. Bez sprytu i siły nie sposób utrzymać się na tym świecie. Czy więc trudno się dziwić, że podniesiono bunt? A może lepszym pytaniem byłoby, czy więc trudno się dziwić, że w końcu wybito króla rebeliantów wraz z większością jego zwolenników?
Dłonią wymacałam wystarczająco długą gałąź by mogła posłużyć mi za laskę. Wstając, od razu rozejrzałam się dookoła, szukając najlepszych opcji. Kotlina, do której wpadłam nie mogła służyć za dobrą kryjówkę, byłam za bardzo widoczna z góry, a w razie konieczności nie miałam możliwości szybkiej ucieczki. Jednak od razu wyłapałam też parę zalet. Przede wszystkim bieżąca woda i bardzo wyraźny zapach przegniłych liści, który wystarczająco mógł maskować mój własny. Myśląc logicznie, brakowało mi alternatyw. Mogłam zostać i liczyć, że łowcy zgubią mój trop, albo iść przed siebie w niewiadome, zakładając, że w ogóle dam radę przejść wystarczająco długi odcinek drogi. Byłam wilkiem pokonanym przez las. Zmiennokształtną niezdolną do przemiany. Póki co udało mi się przetrwać, ale żeby utrzymać taki stan rzeczy potrzebowałam sił, a póki co jedynie je traciłam.
Dla wojowniczki, którą kiedyś byłam taka sytuacja stanowiłaby chleb powszedni i nie wymagałaby nawet głębszej analizy. Dla ciężarnej królowej spędzającej całe dnie na dyplomacji, podoba sytuacja stanowiła rychłą śmierć. Nie dało się więc ukryć, że z miłości do Derrica wyrzekłam się tego, co stanowiło najważniejszą część mnie. Ta świadomość niosła ze sobą gorzki posmak.
-Wyzwolony Wilk ma dobre intencje, Scary- powtarzał mi jego serdeczny przyjaciel Duncan, za każdym razem, gdy zabraniano mi wzięcia udziału w kolejnych polowaniach. - Jego idee są słuszne i skazane na zwycięstwo, ale nie da się ukryć, że jako król często przemawia głosem swych doradców.
-Co masz na myśli?
-Gdyby to od niego zależało, dałby ci swobodę, o której tak bardzo marzysz. Jednakże Bartholomew i Cyril, ich zdaniem młoda królowa powinna przynosić poddanym spokój. Ma stanowić wzór dobrej żony i władczyni, a nie hasać po lasach i pojedynkować się na dziedzińcu.
-To się nazywa seksizm! - skarżyłam się, oburzona. - Czasami mam wrażenie, że zatrzymaliśmy się w średniowieczu, podczas gdy reszta świata wciąż idzie naprzód.
-W pewnym sensie tak właśnie jest. Nie możesz zapominać, że tylko w połowie należymy do ludzi.Postęp postępem, ale starszyzna wciąż pamięta i wdraża w nasze życie stare zwyczaje.
-Oto przyzyna naszej zguby - podsumowałam grobowym tonem.
I pomimo tego ponurego wniosku, cieszyłam się, że dane nam było przeprowadzić tą rozmowę. Duncan był osobą, która wprowadzała w moje życie trochę więcej ilości światła, zwłaszcza, gdy przez wiele dni nie było przy mnie Derrica i bardzo potrzebowałam towarzystwa. Obaj mężczyźni traktowali się niemal jak rodzeni bracia i naturalnym stało się, że i ja zyskałam z Duncanem głęboką więź. A przynajmniej było tak do czasu jego zdrady i dezercji.
-Scary... - przymknęłam oczy, słysząc jego głos. Widocznie o kilka razy za mocno uderzyłam się w głowę. - Scary!
I choć śmiało mogłam nazwać się dobrym strategiem, przygotowanym na większość okoliczności, w życiu nie byłabym w stanie przewidzieć tego co stało się zaledwie sekundę później. Ogromny wilk zwalił się na mnie, jednak zamiast dokończyć dzieła, swój gniew zwrócił przeciwko czemuś, co znajdowało się tuż nad moją głową. Wilk skoczył, uwalniając mnie spod swego ciężaru. Niewiele myśląc, odczołgałam się na bezpieczną odległość, mogąc jedynie obserwować rozwój wydarzeń. Walka była z góry przesądzona. W starciu jeden na jednego zmiennokształtny zawsze miał pełną przewagę nad wilkołakiem. Jeżeli mieszaniec wykazywał dostateczną wolę przetrwania, walka mogła potrwać nieco dłużej, ale wynik był niemal niemożliwy do zmiany. Nie zdziwiło mnie więc, gdy mój obrońca szybkim ruchem rozerwał tętnicę przeciwnika, pozbawiając go tym samym ostatniego tchnienia.
-Gdzie się podziała twoja racjonalna ocena sytuacji?! - Duncan był wyraźnie rozgniewany, choć pod tym krył się jeszcze cały wachlarz emocji, od rozbawienia, które stanowiło część jego jestestwa, po niepewność, zupełnie na miejscu biorąc pod uwagę fakt, że bardziej niż czegokolwiek na świecie pragnęłam jego śmierci.
-Wasza Wysokość.
-Słucham? -Szok. Tyle rzeczy się wydarzyło,a ja wciąż czytałam z jego twarzy jak z otwartej księgi.
-Gdzie się podziała twoja racjonalna ocena sytuacji, Wasza Wysokość? Tak powinnno brzmieć twoje pytanie.
-Dla mnie zawsze byłaś po prostu Scary.
Na imię miałam Scarlett, jednak od dnia naszego pierwszego spotkania, Duncan nazywał mnie Scary. Twierdził, że imię powinno odzwierciedlać naturę właściciela, zaś Scarlett przywodziło na myśl słodką małą dziewczynkę. ,,Kiedy się denerwujesz, jesteś przerażająca... Scary." To zdanie wszystko zapoczątkowało i jakiś czas później moje imię niemal całkiem wyszło z użytku, pomijając momenty, gdy mówiono o mnie jako Scarlett Galsworthy Pierwsza tego Imienia Młoda Wilczyca.
-Ty byłeś mi niegdyś przyjacielem, a jednak zwę cię teraz zdrajcą.
Bolało mnie samo patrzenie na jego twarz. Ilekroć musiałam na niego spojrzeć, zalewała mnie fala wspomnień, zaś do oczu napływały gorące łzy. a bardziej niż czegokolwiek nie chciałam okazać przy nim słabości. Wystarczyło, że ta fizyczna jest aż nazbyt widoczna.
-To nie jest ani dobry czas, ani miejsce. Niedługo zjawi się ich więcej, a do tego czasu muszę zabrać cię w bezpieczne miejsce.
-Naprawdę uważasz, że gdziekowlwiek z tobą pójdę? - Włoźżyłam w swoje pytanie tyle dozy niedowierzenia, że na moment nawet zapmniałam w jak dramatycznie opłakanej sytuacji się znajduję. Na wpół leżałam przed nim, niezdolna by choćby ponownie się podnieść. Byłam przemoczona i co za tym idzie, przemarznięta. Niezdolna do ucieczki czy obrony. A mimo to mój ton sugerował coś zupełnie innego.
-Uważam, że nie masz zbyt wielkiego wyboru... Wasza Wysokość - Odetchnął głęboko i zaczął jeszcze raz, świadomy, że ani trochę nie przekonał mnie do współpracy. - Scary, właśnie uratowałem ci życie, chyba należy mi się ziarno zaufania.
-Derrick ci zaufał, a teraz nie żyje.
Chciał coś powiedzieć, prawdopodobnie zaprzeczyć, obronić się przed moim zarzutem. Nie zrobił tego jednak i bardzo się z tego powodu cieszyłam. Nie chciałam słuchać tłumaczeń zdrajcy.
-Zabiorę cię stąd - odparł z mocą. - Od ciebie zależy czy zrobię to po ugodzie czy siłą.
-Więc ze mną walcz - rzuciłam bez namysłu. Słowa wypłynęły ze mnie szybko i naturalnie, jak milion razy wcześniej.
Błysk w jego oczach ponownie uświadomił mi moje położenie. Wciąż nie mogłam pogodzić się z faktem, że ta słaba istota leżąca na ziemi to właśnie ja. Mimo to, nie wybaczyłabym sobie, gdybym dobrowolnie oddała się w jego zdradzieckie ręce. Problem w tym, że nie decydowałam już tylko o swoim losie. Musiałam za wszelką cenę ratować moje dziecko. Musiałam się poddać, nabrać sił i dopiero wtedy podjąć walkę.
-Scary...
-Dokąd chcesz mnie zabrać? - Weszłam mu w słowo, nim wyciągnął w moją stronę szereg kolejnych argumentów dlaczego powinnam mu zaufać.
- W bezpieczne miejsce.
Jeśli lochy można uznać za bezpieczne, to nawet mogłabym mu przyznać prawdomówność. Wzięłam głęboki oddech i przygotowując się na falę bólu, podjęłam kolejną mozolną próbę podniesienia się do pionu, ignorując przy tym jego wyciągnięte ręce.
-Przełknij swoją cholerną dumę i pozwól sobie pomóc.
-A co? Jedną ręką pomożesz mi wstać, a drugą wbijesz nóż w plecy?
Nie odpowiedział, ale ból w jego oczach wywołał u mnie iskierkę satysfakcji. Powinien cierpieć. Nie dał mi się jednak nacieszyć tym widokiem, zamiast tego zabrał się za rwanie swojego płaszcza na malutkie kawałeczki. Biorąc pod uwagę, że płaszcz stanowił jego jedyne okrycie, nie od razu zrozumiazłam co robi.
-Nie mamy wiele czasu, a właściwie to dawno już ten czas straciliśmy - rzucił oderwany skrawek materiału na ziemię. - To choć na moment ich zmyli.
-Kawałek twojego zapchlonego płaszcza ma zmylić łowców?
-Po części. Podaj mi ten swój śmieszny sztylecik - wyciągnął dłoń, pewny, że wykonam polecenie. Nie wykonałam żadnego ruchu, świadoma, że sztylet owszem jest w moim bucie i że on bardzo dobrze o tym wie.
-Uderzyłam się w głowę o kilka razy za dużo, ale chyba nie sądzisz, że dobrowolnie cię uzbroję. Nie będę tak naiwna jak Derrick.
-Zrobiłem dla niego wszystko co mogłem! - Gwałtownie przy mnie klęknął, zmuszając bym spojrzała mu w oczy. Wyraźnie miał dość moich przytyków. - Rozumiesz? Wszystko!
-Jak śmiesz? - Może i był wściekły, ale to mnie ogarnęła furia.
Zapomniałm o bolu i słabości. Duncan przekorczył wszelkie granice, był podłym zdrajcą i nie miał prawa kłamać o swojej lojalności względem Derricka. Wykorzystując jego bliskość, rzuciłam się na niego, próbując rozorać jego twarz wysuniętymi pazurami. Bez problemu uniknął ciosu, a z jeszcze większą łatwością unieruchomił mnie na ziemi.
-To ty go zabiłaś - wydyszał, szczerze wstrząśnięy.
-Co?
Miałam świadomość jak drastycznie odwróciły się nasze role. Teraz to ja byłam w jego ocach zdrajcą. Ale to co mi zarzucał...
-Zabiłś go - powtórzył z mocą.
-Czyś ty do reszty oszalał?! A może twój nowy król majstrował coś przy twojej głowie?
-Mów co ci się żywnie podoba, ale oczy nie kłamią. Jak to możliwe, że stałaś się alfą tej samej nocy, w której zginął derrick, jeśli sama go nie zabiłaś?
Słowa Duncana docierały do mnie z opóźnieniem. I wbrew jego zamiarom, wywołały u mnie głębokie uczucie ulgi. Do tej pory nie miała pewności, ale skoro moje oczy naprawdę zyskały szkarłatną barwę, wszystko poszło zgodnie z planem, a co ważniejsze, moje dziecko było zdrowe i silne. Moje dziecko i jak już wiedziałam, przyszły władca.
-Rebelia trwa - nigdy bym się nie spodziewała, że śmiech tak szybko zagości w mych ustach.
Nadal mieliśmy szansę na wolność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz