piątek, 22 lutego 2019

Maelone 1

 Nazywała się Maelone Vodiannowa.
Swoim istnieniem stwarzała nadzieję na lepsze jutro, swoim oddechem urzeczywistniała sen o wolności, swoimi oczami gwarantowała zwycięstwo. Tworzono o niej legendy, pieśni i wiersze. Inspirowała artystów, uspakajała monarchów, stanowiła obiekt uwielbienia wieśniaków. A w tym wszystkim była tylko sobą. Pragnęła wyzwolić rodzinę, odnaleźć miłość i odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Miała w sobie tyle pasji, chęci do działania, niezmąconej wiary w wygraną. Jednak to wszytko czym się wyróżniała, zaczynało stanowić fundament jej porażki. Nie można istnieć w świecie wypełnionym nienawiścią, bólem i cierpieniem, jeśli posiada się serce niezmącone brudem przemocy i władzy. To właśnie ta czystość była jej największą mocą, a zarazem największa zgubą.


Zamek Kwintesencji.
Przez wielu nazywany był miejscem początku i końca, życia oraz zagłady. Dla Maelone jednak stanowił niepodważalny dowód, że kiedyś jej życie miało wyglądać inaczej. Stała na dawnym dziedzińcu, obracając się powoli by objąć wzrokiem swój dawny dom, przemieniony teraz w ruinę. Nie miała prawa pamiętać dawnej świetności narodu kwintesencji, ale to nie miało znaczenia, gorycz już od dawna zbierała swe żniwa i teraz rozkwitła pełną mocą.
Korona przepadła. Poddani nie żyli. A ona była ostatnią dziedziczką przelanej krwi, murów nasiąkniętych zdradą, bezwartościowych bogactw.
Powoli zaczynała rozumieć dlaczego Conchor nie chciał tutaj wracać. W żaden sposób nie mogli cofnąć czasu, więc stali się tylko obserwatorami, którzy z krytyką oglądają ogrom zniszczeń. Upadłe wieże, skruszone mury, potęga i chwała nieodwracalnie zdominowana przez bezmiar cierpienia.
Cierpienia, które księżniczka czuła każdą cząstką siebie. Jeśli wysiliłaby się choć trochę, bez problemu ujrzałaby fizyczny obraz atmosfery. Martwe postacie, związane z królestwem. Ich uczucia, które przez piętnaście lat zdążyły przesycić najmniejszy skrawek otaczającej ich ziemi. Strach i ból, nieodwracalnie przybierały na sile, z każdą mijaną minutą.
-Maelone!
Głos Conchora dobiegał do niej z oddali. Chciała na niego spojrzeć i zapewnić, że wszystko jest w porządku, ale nie mogła skłamać. Coraz wyraźniej odbierała emocje otoczenia, niewyraźne sceny majaczyły przed jej oczami, skutecznie odciągając jej uwagę od opiekuna. Tam gdzie jeszcze chwilę temu widziała popękaną dróżkę obrośniętą chwastami, teraz dostrzegła wypielęgnowaną ścieżkę. Może nie było to wielkie osiągnięcie, lecz w tym samym miejscu dostrzegła damy dworu chichoczące nieśmiało, ze wzrokiem utkwionym w parobku. Te same damy w końcu spojrzały dokładnie w jej stronę i przepraszająco kręcąc głowami, rozwiały się we mgle. Ich miejsce od razu zastąpiła gromada dzieci, żwawo bawiących się w berka. Śmiały się głośno, nie widząc nic lepszego niż zabawa na świeżym powietrzu. Scena trwała do momentu, gdy jedna z dziewczynek potknęła się o kamyk i upadła, niszcząc przy tym różową sukieneczkę. Z jej zdartego kolana popłynęła niewielka stróżka krwi. Wówczas poszkodowana zerknęła na Maelone, wzrokiem zbyt dojrzałym jak na najwyżej ośmioletnie dziecko.
-Nasza krew jest zbyt cenna by ją marnować, nieprawdaż?-przemówiła cichutko, jednocześnie przykrywając ranę otwartą dłonią.
Wszystko wróciło do normy. Zniszczona dróżka pozostała zniszczoną dróżką. Rozchichotane damy być może znalazły miłość w postaci parobka, lecz to bez znaczenia, skoro i tak nie dane im było dożyć później starości. Dzieci zaś nieodwracalnie pozostały dziećmi.
-Mówiłem, że nie jesteś jeszcze gotowa. Oczywiście ty jak zwykle nie chciałaś mnie słuchać i postawiłaś na swoim. Doprawdy, swą upartą naturę musiałaś odziedziczyć po...
-Nic mi nie jest.-Przerwała mu, nim zdążył obwieścić czyje to geny sobie przywłaszczyła.
Conchor nie mógł jednak poprzestać na jednym komentarzu i w dalszym ciągu z niezadowoleniem wygłaszał swoje opinie. Maelone słuchała tego wszystkiego w milczeniu, doskonale wiedząc, że to nie jej uparta natura jest problemem. Chodziło o coś znacznie głębszego, o nadmiar uczuć, które przez niemal piętnaście lat gnieździły się w umyśle mężczyzny. Wszak to właśnie on spędził na zamku wiele spokojnych lat, odcięty od braku tolerancji i gniewnych spojrzeń. To właśnie tu zyskał przyjaciela w postaci króla, tu nauczył się kontrolować własne życie i tu musiał obserwować jak jego cały świat płonie, wiruje, umiera. Nigdy nie poskarżył się głośno, lecz Maelone była szczególnie wyczulona na cudze emocje. Znała jego wciąż narastający ból, rozumiała jak wielką trudność sprawia mu przebywanie w tym miejscu.
A jednak, gdy przed trzema dniami znaleźli się dostatecznie blisko Zamku Kwintesencji, nie mogła odpuścić. Dniami i nocami błagała go o zboczenie z kursu i możliwość poznania miejsca, które przecież było jej domem. W konsekwencji tego, stała teraz bezradna, blokując napływ kolejnych scen z przeszłości. Musiała przecież iść na przód, lecz jak na ironię jedyna ku temu sposobność wciągała ją w sidła wspomnień minionych pokoleń.
-Muszę tam wejść.-Otrząsnęła się z ponurych rozmyśleń i nie czekając na zgodę, ruszyła ku głównej bramie.
-Wasza Wysokość, to niebezpieczne.
W odpowiedzi rzuciła mu przeciągłe spojrzenie. Mimo, iż w każdym calu była królewską córką, nienawidziła być tytułowaną. A już szczególnie, gdy to właśnie on wypowiadał te godne pożałowania formułki. Skoro poświęcił dla niej wszystko co miał, nie powinien traktować jej wyższą rangą.
Nie czekając na następną falę sprzeciwów, przekroczyła bramę tym samym znajdując się niezwykle wielkim i zakurzonym holu.
Była niemowlęciem, gdy Aeneus poprowadził swą niszczycielską armię na niczego nieświadomych elfów narodu kwintesencji. Nie pamiętała rzezi jaka rozegrała się w murach tego zamku, nie znała ofiar, choć wśród nich znaleźli się jej rodzice. A jednak teraz kroczyła pewnie, bezbłędnie lawirując wśród labiryntu korytarzy. W końcu dotarła do sali tronowej. Miejsca, gdzie przed laty miał pojawić się jeszcze jeden szczególny tron, dla niej. Pierwszej księżniczki. Nikt kto miał wykonać to małe dzieło sztuki nie przeżył. Nie przeżyli również ci, którzy mieliby później podziwiać całokształt. Dlatego też całe pomieszczenie sprawiało wrażenie ponurego, dokładnie tak jakby chciało zakpić z jej mniemanego tytułu księżniczki.
Conchor  podążył za nią niczym cień, bez przerwy bijąc się z własnymi myślami. Jednocześnie chciał i nie chciał by elfka znalazła się w tym miejscu.W jakiś irracjonalny sposób bał się, że to zniszczy wszystko co do tej pory udało im się zbudować. Naturalnie to uczucie nazywał zwyczajnym tchórzostwem, ale nic nie mógł poradzić na natłok ponurych myśli. Przez tyle lat wiernie służył dorastającej Maelone. Był jej opiekunem, niemal ojcem. Zapewniał jej wszystko na co mógł sobie pozwolić. A jednak teraz to wydawało się za mało. Księżniczka ujrzy świat, który byłby jej bliski, gdyby nie wojna. Stojąc w bogato zdobionych komnatach, oglądając niewyobrażalne bogactwo, nieprzemijające nawet z upływem czasu, na pewno zacznie żałować, że to nie tu się wychowała. Co więc mógł dać jej w tym momencie on? Prosty, nic nieznaczący, a wręcz odepchnięty przez społeczeństwo osobnik?
Maelone nawet nie zdawała sobie sprawy z rozterek jej opiekuna. Była zbyt pochłonięta dokładną analizą mijanych pomieszczeń, by choć na chwilę skupić się na swojej magii. Przeszła przez rząd podobnych do siebie korytarzy, aż w końcu trafiła na ten jeden. Może za dawnych czasów nie różnił się on od pozostałych. Tak samo długi, szeroki i pełen złota, głównego koloru narodu kwintesencji. Tyle, że teraz te królewskie złoto mieszało się ze szkarłatem, niemającym nic wspólnego z wyobraźnią malarzy. Zniesmaczona odczuła nagłe zawroty głowy, nasilające się mdłości. Krew była wszędzie. Plamiła, zalewała drogocenne dywany, tapety, a niekiedy również obrazy wiszące wzdłuż obu ścian.
Powstrzymując się przed gwałtownym zwrotem w tył, Maelone podeszła do ostatniego portretu. Przedstawiał on bowiem ostatnią żyjącą rodzinę królewską. Dowód na to, że jej rodzice rzeczywiście kiedyś żyli, chodzili tymi samymi korytarzami co ona teraz, dysponowali tą samą magią.
Płótno przedstawiało dumnie stojącego mężczyznę w średnim wieku. Na jego ustach błąkał się zadziorny uśmieszek, tak podobny do jej własnego i tak nieadekwatny do wyznaczonej im roli monarchów. Włosy miał jasne, oczy zaś lśniły brązowym blaskiem. Natomiast kobieta stojąca u jego boku, cóż, była dojrzalszą i może nieco dostojniejszą wersją Maelone. Jej rude loki ułożone były w nieskazitelnego koka, przeplatanego białymi perłami, rysy twarzy dobitnie świadczyły o wysokim pochodzeniu, pełne usta zdradzały powagę.
-Miała zielone oczy-elfka wyszeptała z przejęciem.
Ten drobny fakt świadczył dla niej naprawdę wiele. Ciężko zliczyć ile to czasu poświęciła, zastanawiając się jakie mogłaby mieć oczy, gdyby magia płynąca w jej żyłach nie była zbyt silna. Sprawiało to bowiem, że tęczówki odzwierciedlały dany żywioł, o ile oczywiście elf został obdarzony wyższym stopnie magii. W przypadku Vodiannowów był to kolor złoty i takie też były tęczówki Maelone.
-Król Roarke i królowa Orla - Conchor przemówił, przerywając ciszę. Wcześniej stał w stosownej odległości, chcąc dać Maelone chwilę na uporanie się z własnymi myślami. Kiedy jednak zauważył, że jej siła powoli opada zostawiając miejsce rozpaczy, czuł się w obowiązku zaingerować. - Rządzili twardą, lecz sprawiedliwą ręką. Żal pomyśleć, że w obliczu tak wielkiej tragedii, nie zostaną zapamiętani za swoje niezwykłe czyny, a jedynie za mroczny czas, który nastąpił po ich śmierci.
-Tak rzadko o nich wspominasz - w głosie elfki brzmiał wyrzut.
-Dla twojego dobra. Widzę jak każda wzmianka o nich niszczy cię od środka.
-To, że nie wspominasz o przeszłości, nie znaczy wcale, że jej nie ma.
Nie czekając na jego odpowiedź, zaczęła iść dalej. Minęła jeszcze kilka korytarzy, aż w końcu przystanęła przed ogromnymi, krętymi schodami. Nie wyglądały na stabilne, niektórych stopni brakowało, ale to nie miało znaczenia. Ostrożnie stanęła na pierwszym schodku, a kiedy nic się nie wydarzyło, śmielej powtórzyła cały proces. Nie była głupia, miała świadomość, że jeden nieuważny ruch może kosztować ją bolesnym upadkiem. A mimo to nie chciała rezygnować.
-Maelone, powinniśmy wracać. To nie jest bezpieczne miejsce - Conchor dogonił ją, jednak nie odważył się wejść po schodach nim ona nie znalazła się na pewnym gruncie.
-To mój dom - odparła z naciskiem. - Gdzie indziej miałabym czuć się równie bezpiecznie?
-Czarna magia zapuściła swoje korzenie również tutaj, nie warto ryzykować.
Odwróciła się gwałtownie, patrząc na niego srogo. Jej delikatne rysy twarzy wyostrzyły się, ona sama zaś sprawiała wrażenie wyższej i silniejszej niż w rzeczywistości była. Uniosła ręce, zataczając nimi krąg.
-Każda z tych ścian nasycona jest bólem, jego intensywność atakuje mnie odkąd tu przybyliśmy. Ale czarna magia? Blaknie. Pozostało po mniej jedynie wspomnienie, nic co mogłoby mi zagrażać.
-Traktujesz to z lekceważeniem, choć dobrze wiesz, że chodzi jedynie o twoje...
-Dobro, bezpieczeństwo, życie? Wiem! Jestem egoistką, bo nie popadam w paranoje i nie boję się przejść z jednego pomieszczenia do drugiego bez arsenału broni.
Złapał ją za rękę i zmusił by się zatrzymała. Od pewnego czasu podobne sprzeczki stanowiły u nich codzienność. Maelone buntowała się przeciwko przesadnej odpowiedzialności i nie chciała przyjąć do wiadomości, że sprawa dawno wymknęła się spod kontroli. Kochał ją i rozumiał, że potrzebuje wolności, ale jednocześnie nie mógł odpuścić. Gdyby coś jej się stało, miałby na sumieniu popadającą w ruinę Cynthię. Nie po to przed piętnastu laty wziął na siebie odpowiedzialność za księżniczkę, by teraz pozwolić jej to wszystko zniszczyć.
-Polegasz na swojej intuicji, która podpowiada ci, że w tym momencie nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo - mocniej ścisnął jej rękę, nakazując bezwzględną posłuszność. - Zapominasz jednak, że twoja moc jest równie zdradziecka, co pomocna.
-To boli - wyszarpnęła skrępowaną kończynę patrząc na niego ze złością. - Nie będę wiecznie uciekać. Przed przeszłością, teraźniejszością, ani przyszłością. Chcę mieć pewność, że panuję nad własnym życiem.
Nie spojrzała na niego, tylko przeszła przez korytarz, zatrzymując się dopiero na jego końcu. Drżącą ręką złapała za klamkę, czując, że to właśnie z powodu tej komnaty przybyła na zamek. A ściślej mówiąc do komnaty, która miała należeć do niej. Jako jedna z nielicznych pozostała w nienaruszonym stanie. Jedynie warstwa kurzu osiadła na meblach zmuszała do otrzeźwienia. Conchor westchnął cicho, przymykając swoje piwne oczy. Nastąpiło bowiem coś, czego obawiał się od momentu przybycia w to miejsce. Zalała go fala wspomnień.
Był to piękny nie tylko dla pary królewskiej, ale i dla całego narodu kwintesencji. Ledwie kilka godzin wcześniej na świat przyszło pierwsze dziecko Roarke i Orli, tak długo wyczekiwany dziedzic korony. Królowa nadal wyczerpana leżała w swej komnacie otoczona wianuszkiem pokojówek. Król w tym czasie przechadzał się po korytarzach zamku, a duma wyraźnie odbijała się w każdym jego ruchu, spojrzeniu, uśmiechu. Córka śpiąca w jego ramionach była spełnieniem jego marzeń, a jej złote oczy jedynie napełniały go przekonaniem, że na takiego potomka warto było czekać. Kiedy Conchor zapytał go o imię, ten bez chwili wahania odparł, że jego pierworodna córka otrzyma imię Maelone, co oznaczało boską księżniczkę. Następnie zamyślił się głęboko i dziwnie nieswoim głosem dodał, iż na drugie nazwie ją Rhan, przeznaczenie.
Jeszcze w tym samym tygodniu urządzone zostało przyjęcie na cześć Maelone Rhan, Księżniczki Cynthii Rodu Vodiannowa. Nikt wówczas nie podejrzewał, że jest to ostatnia uroczystość w tym królestwie, z tymi ludźmi. Wkrótce potem Aeneus zaatakował. Zniszczył wszystko, zabił wszystkich. Nie dostał jednak przeznaczonej mu księżniczki.
-W porządku? - Maelone pstryknęła mu palcami przed oczami. - Twoja aura nagle poszarzała.
-Nic mi nie jest, po prostu to miejsce niesie ze sobą wiele wspomnień.
-Ty przynajmniej masz jakieś wspomnienia - szepnęła, ale on ze swoim idealnym słuchem i tak ją usłyszał.
Była to chwila, gdy oboje musieli od siebie odejść i ochłonąć. Trudno jest przebywać z kimś, przed kim nie można mieć żadnych tajemnic. Maelone trudno było okłamać, miała zbyt dobrą intuicję. W dodatku wystarczył jeden rzut oka na cudzą aurę, a mogła powiedzieć więcej o tej osobie niż po długiej dyskusji. Conchor natomiast słyszał przyśpieszony oddech, bicie serca, co pozwalało mu nieomylnie stwierdzić w jakim stanie emocjonalnym znajduje się jego rozmówca.
-Myślałam, że przychodząc tutaj, zobaczę coś więcej - elfka odezwała się z nutą rozczarowania w głosie.- Tymczasem otacza mnie lawina kokardek, beżu i pustka. Tak jakby to miejsce zostało pozbawione wszelkich uczuć, jakby nikt nigdy tu nie przebywał.
-To niemożliwe.
-Wiem - odparła z pewnością. - Ktoś nie chce bym odkryła tajemnice tego miejsca.
-Skąd wiesz, że to nie samo miejsce próbuje cię zniechęcić do dalszego grzebania w przeszłości?
Potrząsnęła gwałtownie głową, a jej rude włosy zafalowały w powietrzy niby aureolą. Miała pełne przekonanie do swoich słów, lecz nie potrafiła odpowiednio przedstawić tego co czuła. Dlatego nim ponownie się odezwała, podeszła do małego łóżeczka stojącego w centrum komnaty. Bez wątpienia zostało wykonane przez najlepszego stolarza, ale to nie uchroniło go przed zgubnym wpływem ubytych lat. Również zabawki i pościel musiały się poddać, w rezultacie sprawiało to naprawdę przykry widok.
Maelone wyciągnęła ze środka uszytego z jedwabiu misia i długo wpatrywała się w jego szklane oczka. W końcu zabrała głos.
-Od śmierci rodziców to ja jestem władcą tych murów. Jakkolwiek to brzmi, powinny być mi posłuszne. Wobec tego tylko siła potężniejsza ode mnie może otępić przepływ uczuć.
Gdyby tylko się odwróciła i spojrzała na swego opiekunka, być może dostrzegłaby niewielką zmianę, która w nim zaszła. Zamiast tego skupiła się na starym misiu, szukając w nim łącznika między teraźniejszością i przyszłością. Nadaremnie.
Sięgnęła po sakiewkę i schowała do niej pluszaka. Dawno wyrosła z zabawek, ale odniosła wrażenie, że powinna zachować pamiątkę z czasu, gdy jej przyszłość prezentowała się zupełnie innej perspektywy. Z czasu, gdy nikt nie przypuszczał, że skończy wędrując po świecie, który okazał się zdradziecki nawet dla swojej jedynej nadziei.
-Możemy wracać.
-Skoro tak zażarcie walczyłaś by tutaj wejść, nie chcesz chociaż zobaczyć komnaty rodziców?
-Nie - w jej głosie pobrzmiewał upór. - Nie mogę.
Opuściła komnatę, nie oglądając się za siebie. Niczym burza pokonała korytarz i zaczęła zbiegać po schodach. Zupełnie zapomniała o spruchniałym drewnie, myśląc tylko o tym by jak najszybciej uciec. Jeden stopień nie wytrzymał i z trzaskiem załamał się pod jej ciężarem. Krzyknęła, bardziej z zaskoczenia niż bólu. Lewa noga zapadła się w spróchniałym drewnie, raniąc się przy tym głęboko.
Conchor w trzech skokach znalazł się na szczycie schodów i ze spokojem ocenił sytuację. Wcześniej odniósł wrażenie, że wszystko idzie im zbyt prosto, a Maelone zachowuje nietypową dla siebie ostrożność. Teraz mógł zganiać się w duchu za przedwczesne wysuwanie wniosków.
-Dasz radę wyciągnąć nogę? Boję się, że reszta stopni również się zapadnie jeśli do ciebie podejdę.
Maelone rozejrzała się, szukając punktu podparcia. Nie miała zbyt wielkiego wyboru. Poręcz nie budziła zaufania, kołysząc się przy najmniejszym podmuchu wiatru. Natomiast ściana była zbyt gładka i nie stanowiła idealnej pomocy.
-To może okazać się trudniejsze niż myślisz - nienawidziła czuć się bezradnie.
-Staraj się teraz nie ruszać - mężczyzna powoli zszedł po schodach, prosząc w duchu by okazały się wytrzymalsze niż przypuszczał. I rzeczywiście, trzymały się dzielnie, choć raz czy dwa dało się słyszeć słabe skrzypnięcie.
Nie tracąc czasu złapał elfkę w pasie i jednym ruchem podciągnął ją do góry. Ponownie krzyknęła, tym razem znacznie głośniej. Drewno naruszyło już i tak zranioną nogę, a kilka mniejszych ranek, które zdążyły delikatnie się zabliźnić, ponownie zaczęły sączyć z siebie krew.
Mężczyzna pomógł jej zejść, bo zdecydowanie odmówiła niesienia jej na rękach. Szczególnie przy tak niestabilnym podłożu na jakim się znajdowali. Kiedy znaleźli się z powrotem na parterze, Maelone bez gracji opadła na najniższy stopień i podwinęła swoją długą suknię.
-Nie wygląda to zbyt dobrze - mruknęła, oceniając szkody, których sama sobie narobiła.
-Powoli się goi.
-Minie trochę czasu nim wróci mi pełna sprawność. Jestem zmęczona i nie dam rady się uleczyć.
Zazwyczaj leczyła się zupełnie bezwiednie. Często nawet nie zauważała małych draśnięć i dopiero, gdy te zniknęły pozostawiając po sobie stróżkę krwi, dowiadywała się o ich istnieniu. Nie działało to jednak w przypadku poważniejszych ran. Wtedy musiała zużyć naprawdę dużo energii by dojść do siebie, nie wspominając, że proces przedłużał się nawet do kilku dni.
-Każda okazja jest dobra by przekonać się jak wygląda życie przeciętnego elfa, nieprawdaż? - Conchor wysilił się na słaby uśmiech. - Nie wszyscy mają przywilej leczenia się na żądanie.
-Mówisz tak jakbyś ty również sam się nie leczył - zauważyła, unosząc jedną brew.
-Ja nie jestem elfem, a to już spora różnica.
-Nie dla mnie. To tylko...mały defekt.
-Ładnie nazwane, Mae, ale mam świadomość swojej odmienności. Nie musisz tego tłumaczyć.
Mówiąc, zaczął rwać dół swojej najlepszej koszuli. Nie wiadomo ile czasu minie nim będzie miał okazję kupić sobie nową, jednak to nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Musiał zatamować krwawienie, a nim dotrą do obozu i będzie miał do dyspozycji prawdziwe opatrunki, prowizoryczny bandaż musiał wystarczyć. Kiedy skończył, rozejrzał się dookoła szukając w pamięci najbliższego wyjścia. Nawet on, znający każdy zakamarek tego zamku, miał chwilę zawahania, zwłaszcza, że minęło wiele lat odkąd był tu po raz ostatni.
-Wyjdziemy przez ogrody królewskie - zarządził.
Maelone kiwnęła głową i z niewielką pomocą podniosła się do pionu. Dalej chciała iść sama. Lubiła myśleć o sobie, że jest niezależna, a boląca noga nie mogła jej tego pozbawić. Z godnością pokuśtykała na zewnątrz, udając, że nie słyszy parsknięć opiekuna, ani nie widzi jak przewraca oczami.
Stojąc na otwartej przestrzeni, elfka uniosła głowę i ze zdumieniem zauważyła, że zbliża się zachód. Nie miała pojęcia, że spędziła na zamku tyle czasu.
-Zdążymy? - Zapytała z powątpieniem.
-Nie mamy wyboru. Etain! - Mężczyzna krzyknął w las.
Zaraz potem zza kępy drzew wyszła ogromna pantera. W kilku susach znalazła się obok nich. Na swój zwierzęcy sposób ukłoniła się w stronę Maelone, po czym spojrzała na wołającego ją Conhora oczami barwy złota.
Maelone zerknęła na nią przelotnie, jednak jej uwaga była skupiona na czymś zupełnie innym. Kuśtykając podeszła do ogromnego pomnika stojącego w centralnym miejscu ogrodu. Przedstawiał on Smoka Vodiana, jednego z pięciu założycieli Cynthii, a zarazem stanowiącego jej najważniejsze ogniwo. Każdy smok miał obowiązek chronić swój naród, a w chwilach spokoju przybierał swoją przyziemną formę. Mistyczne stworzenie zapadło w kamienny sen. Maelone z zachwytem podziwiała jego postać. Rozwarte skrzydła gotowe do lotu, ostre pazury zdolne rozszarpać przeciwnika, martwe oczy, w których tliły się dawne duma i wielkość. Księżniczka jak w transie dotknęła kamiennej łapy. Poczuła rozkoszne ciepło rozchodzące się po całym jej ciele. Bez wątpienia smok nadal żył, a jego magia była wyczuwalna nawet w obliczu minionej tragedii.
-On zawiódł! Zawiódł nas wszystkich! - Zachwyt został przyćmiony przez złość.
-Maelone, to nie czas na żal. Musimy wracać do obozu, jak sama z resztą zauważyłaś.
-Więc kiedy będzie odpowiedni czas na mój żal? Kiedy w końcu pozwolisz mi odbyć żałobę?! On nas zawiódł, nie oczekuj, że przyjmę to ze spokojem, tak jak zawsze każesz mi robić!
-Doskonale wiesz, że to nieprawda. Smoki zawsze chronią swoje dzieci.
Księżniczka wydała z siebie pełen złości pomruk. Ręką wskazała na ruiny zamku i otaczające go tereny. Niedaleko, lecz nadal poza zasięgiem jej wzroku były pierwsze miasta należące do narodu kwintesencji. Za nic nie chciała tam ruszyć i zobaczyć na własne oczy ogromu zniszczeń jakich dopuścił się Aeneus. Setki osób poległych w walce, setki pustych domów, setki wspomnień, które otoczyłby ją z każdej strony.
-To dlaczego wszyscy nie żyją? Dlaczego zostałam tylko ja? Smok nie wypełnił swojego obowiązku, zdradził w sposób gorszy niż sam Aeneus.
-Nie muszę odpowiadać na twoje pytania, bo nawet zaślepiona złością, znasz na nie odpowiedź.
Owszem, znała. Ale to nie sprawiało, że jej cierpienie stawało się mniejsze.
Tamtej nocy, gdy Aeneus poprowadził swą niszczycielską armie, wydarzyło się wiele nadzwyczajnych rzeczy. Ich opiekun był bezsilny. Zaatakowało jedno z jego dzieci, krew z jego krwi. Nie mógł więc odeprzeć ataku. Zamiast tego podarował najlepszą możliwą ochronę jedynej córce, która przeżyła tamte wydarzenie. Oddał połowę swojej mocy panterze króla. Od tamtej pory Etain była strażniczką Maelone. Nie miała wyjątkowych zdolności, ale stała się o wiele bardziej rozumna, wytrwała, niepodatna na upływ czasu.
Minęło wiele lat, podczas których życie Maelone niejednokrotnie było wystawiane na niebezpieczeństwo. Mimo to, smok nie wybudził się ze snu. Zdaniem Conchora utrata części mocy, zbyt mocno go osłabiła i nie był już w stanie zdjąć z siebie ciężaru kamienia. Zaś sama Vodiannówna nie mogła mu w tym pomóc, nie osiągnąwszy wcześniej pełni swojej magii, co miało nastąpić wraz z jej szesnastymi urodzinami.
-Rozumiem twój bunt, naprawdę - Conchor podszedł do niej, starając się zamaskować smutek. - Chcesz sprawiedliwości i przysięgam, że pomogę ci ją uzyskać. Teraz jednak musimy wracać, zapada zmrok.
Księżniczka zawahała się, ale widząc zmęczoną twarz swojego opiekuna automatycznie odzyskała trzeźwy obraz sytuacji. Skinęła głową, przywołała do siebie Etain i ruszyła wolno do skraju lasu, gdzie czekały na nich konie.
-Masz rację - przyznała. - Nie powinnam...
-To nie twoja wina - przerwał jej.
Sam był kiedyś młody i nie zapomniał jak to jest być impulsywnym. Nie mógł jej więc winić za złość, żal i chęć zemsty. Żadne z tych uczuć nie było zdrowe, ale przynajmniej odcinało ją od skrajnej rozpaczy, a to już stanowiło sukces.
Kary ogier prychnął zadowolony, gdy tylko Maelone do niego podeszła. Zwierzęta od zawsze ją uwielbiały, bo mimo porywczej natury, biła od niej dobroć, której nie dało się przyćmić. Odwiązała go i korzystając ze sprawnej nogi oraz jego wyczucia, wskoczyła na siodło.
-Larkin wyjątkowo nie ma ochoty czegoś skopać - zaśmiała się, gładząc go delikatnie po grzywie.
-Myślę, że zdążył już wyżyć się na pobliskich drzewach.
Conchor dosiadł swojego gniadego Sellivana i posyłając lekki uśmiech elfce, ruszył galopem. Nie musiał długo czekać na głośne 'Oszukujesz' i tętno kopyt Larkina, próbującego go dogonić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz