Później mówiono, że popełniła samobójstwo.
Sama dobrowolnie odebrała sobie życie. Świadomie. Z premedytacją. Egoistycznie. Zostawiła kochających ją ludzi. Rodzinę. Błąd. Przyjaciół. Błąd. Mnie. Owszem. Wszystkich, dla których rzekomo była ważna i wszystkich, którzy ponoć byli ważni dla niej. Ponoć. Prawdopodobnie. Chyba. Te słowa wątpliwości powtarzano bezustannie, czyniąc z niej kogoś bezdusznego. Kogoś kim nigdy przecież nie była. Wszak jej problem wynikał właśnie z tego, że czuła że dużo.
I wydawało się, że tylko ja jeden znałem prawdę. Znałem jej ból. Jej cierpienie. Jej agonię. Z nasileniem w zależności od dnia. Ból towarzyszył jej zawsze. W każdej godzinie. Minucie. Sekundzie. Był stałym lokatorem, którego istnienie jest tak oczywiste, że nawet się o tym nie myśli. Cierpienie przychodziło częściej niż odchodziło. Jak upierdliwy sąsiad, który pod byle pretekstem puka do naszych drzwi i nie sposób go spławić. Agonia zaś była dawno niewidzianą przyjaciółką. Pojawiała się znienacka. Bez żadnego uprzedzenia. Swoim istnieniem przypominała o wszystkim tym, co miało zostać zapomniane. Wyciągała z głębi duszy najdrobniejsze lęki. Strachy. Pociągała za ostrze. Cięła po skórze jak po płótnie. A wraz z upływającą krwią - odchodziła przynosząc ulgę.
Przynajmniej Ona tak mi tłumaczyła. Ja zaś chciałem wierzyć. Rozumieć. W innym wypadku czułbym się jeszcze bardziej bezsilnie. Nienawidziłem tej bezsilności. Widoku świeżych blizn na jej nadgarstkach. I tego, że przez cały ten czas milczałem.
Oni tego nie zrozumieją, zwykła mawiać. Nie pojmą tego swoimi ograniczonymi umysłami. Zrobią mi krzywdę. Będą się łudzić, że pomagają, a zamiast tego mnie skrzywdzą. Bo ludzie zawsze chcą wierzyć, że są pomocni. Za wszelką cenę.
I w to również chciałem wierzyć. Bo miałem tylko ją i jej słowa. Bo jeśli nie mogłem tym słowom ufać, to co mi pozostało? Nic. Bez niej nie miałem już nic. I choć o tym wiedziała, podjęła decyzję. Odeszła. Rozdzieliła nas. Zostawiła mnie samego.
Czy czułem żal? Wbrew pozorom nie. Nie było żalu. Złości.
Ręka, którą dokonano śmiertelnego cięcia była jej. Decyzja, która do tego doprowadziła rozkładała się między bólem. Cierpieniem. Agonią. Powód, który zmusił do podjęcia decyzji i dokonania śmiertelnego cięcia był już tylko ludzi.
Później mówiono, że popełniła samobójstwo.
Sama dobrowolnie odebrała sobie życie. Świadomie. Z premedytacją. Egoistycznie.
Tak jakby chciała mnie zostawić. Jakby nie chciała żyć. Jakby nie przemawiały przez nią ból, cierpienie i agonia. Jakby to ludzie nie zawinili.
Ci sami ludzie, którzy zarówno wcześniej jak i po fakcie pierwsi byli skorzy ją oceniać. Ci sami, odpowiedzialni za jej śmierć. Byli mordercami. Zabili, a jak na ironię to ofiarę nazwano egoistką. Nikt nie miał ponieść odpowiedzialności. Ja zaś nie zamierzałem żyć na tym na wskroś niesprawiedliwym świecie samotnie.
Jeśli myślała, że coś jest w stanie nas rozdzielić, była w błędzie. Nie pozostało mi nic innego jak do Niej dołączyć. Tak by później mówiono, że popełniłem samobójstwo. Że sam dobrowolnie odebrałem sobie życie. Świadomie. Z premedytacją. Egoistycznie.
To w porządku. Jeśli miłość do Niej, a nienawiść do ludzi czyniła ze mnie potwora.
Mogą gadać i tak nie dożyję momentu, by to usłyszeć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz