piątek, 22 lutego 2019

Odette/Kylie/Tori

Biegła.
List, który kurczowo trzymała w dłoni dawno przemoknął i czarny tusz powoli barwił jej blade palce. Nie zważała na to, że jej jedyne ocalenie stało się bezużytecznym papierem. W dalszym ciągu czuła się bezpiecznie, a słowa, które czytała niezliczoną ilość razy na zawsze wryły się w jej pamięć.
Obiecał, że nie wróci. Obiecał też, że nadal będzie ją chronił. Nawet z najgorszej otchłani mroku udzieli jej pomocy.
Tylko dlaczego tak długo to trwało?!
Skowyt gończych psów. Przeklęła tak jak damie nie wypada i wolną ręką ściskając fałdy białej sukni, przyśpieszyła. W swej pysze zapomniała o ostrożności. Nie przejmowała się konsekwencjami. A gdy dzisiejszej nocy łowcy załomotali do drzwi, nie było już czasu. Chwytając list wyskoczyła przez okno i ledwo łapiąc równowagę pognała w stronę lasu. Wierzyła, że właśnie tam odnajdzie spokój i bezpieczeństwo. Pozwoliła sobie nawet na odpoczynek i wówczas pierwszy raz psy dały o sobie znać. Ich lekkie łapy rozchodziły się szmerem po okolicy, sapanie zdawało się zagłuszać huki sowy, a każde szczeknięcie oznaczało niechybną zgubę.
Nagle potężny grzmot przeciął niezmącone nocne niebo. Wzdrygnęła się przestraszona, lecz z razu wykorzystała sytuację. Wzmagający się deszcz pomógł zgubić jej trop. Mogła odetchnąć, dać płucom upragnionego powietrza. Naiwnie wierzyła w koniec pościgu. Uszła jeszcze kilka niepewnych kroków i bez zwyczajowej elegancji opadła przy pobliskim drzewie.
-Dlaczego?-wyszeptała urywanym głosem.
To nic, że znała odpowiedź. W swojej naturze chciała przerzucić odpowiedzialność na innych. Nie przemawiały do niej zwyczajowe wyjaśnienia. List również potraktowała jako zapewnienie bezpieczeństwa. Choć znała każde jego słowo, z dziecinną głupotą odpychała od siebie jego główne przesłanie.
Kochał ją. Oczywiście, że kochał. Wiedziała to bez zbędnych zapewnień. A jednak nie mógł dłużej spełniać jej zachcianek. Po pewnym czasie stało się to zbyt męczące, cały urok prysł. Odette był urocza w swej bezradności. Taka delikatna, taka niewinna. A równocześnie irytująco pragnąca całej uwagi. I teraz odbijało się to na niej całą mocą.
-Mamy ją!
Zakapturzone postacie otoczyły ją szerokim łukiem. Ze zmęczenia zaczęła odczuwać zawroty głowy, ale po raz pierwszy nie chciała zdawać się na łaskę innych. Była silna, nawet jeśli inni nie dawali ku temu wiary. Resztkami siły podniosła się do pionu i piorunując prześladowców wzrokiem, zaczęła szukać drogi ucieczki. Wybór miała niewielki, zważywszy na jej opłakaną sytuację. A mimo to odważyła się skoczyć w bok i biec, biec, biec ile tylko wytrzyma. Niestety łowcy nie byli nowicjuszami. Odnaleźli swoją ofiarę, a reszta była tylko zabawą w kotka i myszkę. Chcieli ją zamęczyć dla samej tylko zabawy. Kiedy zaś zaczęło ich to nudzić, bez trudu dwoje z nich zatrzymało ją w żelaznym uścisku.
Szamotała się niesamowicie. Miała tak silną wolę przetrwania, że nawet mroczki tańczące jej przed oczami, nie mogły przyćmić głównego celu. Drapała, próbowała gryźć i kopać.
-Puszczajcie! Puszczajcie! - krzyczała.
Dopiero po chwili zorientowała się, że list, który cały czas trzymała w żelaznym uścisku - przepadł. Wstrząśnięta rozejrzała się pośpiesznie. Nigdzie go nie dostrzegła, co jedynie pogłębiło jej wściekłość. Zawyła niczym ranne zwierzę, a wiatr jakby jej usłuchał i zawiał z niespotykaną mocą. Był to jednak zbyt krótki przejaw sił natury, niezdolny udzielić jej większej pomocy. Jedynie potwierdziło to łowcom, że znaleźli odpowiednią dziewczynę.
Czarownicę, dzieło i miłość najgorszego Szatana.
Nikt, kto choć raz zerknął na Odette nie odważyłby się wznieść takich oskarżeń. Była tak piękna, że aż nierzeczywista. Długie blond włosy spływały jedwabistymi kaskadami na jej plecy. Jak zawsze upięte zostały pasma tylko przy skroniach, toteż miało się idealny podgląd na wyjątkową twarz. Wielkie niebieskie oczy, które ciągle jakby pytały skąd ten cały podziw, a równocześnie doskonale wiedziały w czym rzecz i były dumne z odpowiedzi. Zgrabny nosek i pełne usteczka przyozdobione nieśmiałym uśmiechem, za który większość młodzieńców oddałoby majątek.
Tyle, że ona nie chciała ziemskich mężczyzn. Kochała tylko Jego. A przynajmniej łudziła się, że tak właśnie powinna wyglądać miłość. W rzeczywistości karmiła się jego uczuciem jednocześnie oczarowana i zachwycona, nigdy zaś nie dając nic w zamian.
-Na stos!
Błyskawica znów przecięła niebo i Odette miała sposobność ujrzeć twarz przywódcy, ukrytą w cieniu ogromnego kaptura. Wzdrygnęła się zniesmaczona i przerażona. Jak ktokolwiek mógł mieć tak okrutny błysk w oczach, doprawiony bezbrzeżnie bezlitosnym uśmiechem tryumfu?
Przestała się opierać. Niemal mdlała w silnym uścisku prześladowców. Ale to przestało mieć znaczenie. Po krótkiej demonstracji uporu, jak zawsze chciała wybrać najprostszą drogę. Nawet jeśli prowadziła ona na stos.
-Pożałujecie tego - wyszeptała mrożącym krew w żyłach głosem.
-Bądź przeklęta, piekielna babo!
-Już jestem-odparła. - I wy również nędznicy. Kto raz odważył się mnie tknąć już nigdy nie zazna spokoju. Przepadniecie w mroku otchłani. Osobiście tego dopilnuję.
Mówiła ze spokojem, który czerpał swe pokłady z jej wnętrza. Czekała ją niechybna śmierć, od której tak zaciekle uciekała, a jednak już nie chciała walczyć. To nie było życie na jakie zasługiwała. Powinna być ceniona i podziwiana bardziej niż dotychczas. Powinna zdobyć bezwzględną miłość, którą będzie się karmić. Powinna osiągnąć szczyt swych zdolności, za które została osądzona czarownicą.
Łowcy sprawnie przywiązali ją do drewnianej bali. Jeden odważył się nawet spojrzeć w jej oczy, choć od razu tego pożałował. Już do końca życia, a zaznaczyć trzeba, że nie było ono długie, miał pamiętać to spojrzenie. Bezradne, przegrane i zwycięskie w jednym. Pełne mocy, a równocześnie dziwnie słabe.
Przywódca zapalił pochodnię i z najwyższą radością podszedł do tak starannie przygotowanego stosu. Ostatnia z czarownic przepadnie wraz z płomieniem piekieł. Suknia zajęła się ogniem, a on z radością czekał na okrzyki bólu i błagania o litość.
Zamiast tego otrzymał ciszę. Odette patrzył przed siebie, dziwnie matowym spojrzeniem. Po jej policzkach pierwszy raz od wielu lat spłynęły szczere łzy. Nie z przeszywającego bólu, ale ze współczucia do zmarnowanego życia.
Widziała, tam daleko, poza zasięgiem ludzkiego wzroku, Jego sylwetkę. Obserwował wszystko z kamiennym spokojem, jakby to nie jego ukochana płonęła na stosie. Ale mimo obietnic, musiał postąpić w ten sposób. Odette musiała odrodzić się na nowo i zaznać uczucia, które teraz było dla niej tylko pretekstem do jawnego pławienia się w uwielbieniu innych.
I w swej potędze zapomniał tylko, że dusza jest nieśmiertelna. Odette z dumą odeszła, spalona żywcem. Lecz jej następne wcielenia nigdy nie zaznały miłości. Przy każdej nowej postaci była piękna, wyniosła i nie liczyła się z uczuciami mężczyzna. Chciała tylko ich uwielbienia. Ciągłego wychwalania jej zalet i współczucia nad życiem, które przecież złe nie było. Była też stworzona do dramatów. Kochała je jak nikt inny. A co najistotniejsze zawsze umierała młodo, w wyniku nieszczęśliwego wypadku bądź samobójstwa.
Cierpiała przez wieki, a ułamek sekundy przed każdą kolejną śmiercią wspominała jak płonęła, a On nie zrobił nic by temu zaradzić.



Padało.
Później ludzie mówili, że była to największa ulewa jaką londyńczycy widzieli od wielu lat. To jednak nie miało najmniejszego znaczenia. Po prostu padało.
Padało, a ona jak gdyby nigdy nic tańczyła na drodze. Słyszałem jej przepełniony radością śmiech, oglądałem jak sukienka próbuje dotrzymać jej kroku przy każdym piruecie. Słyszałem swój własny, pełen lęku śmiech, gdy jej trampek po raz kolejny ślizgnął się na mokrej powierzchni. Kręciłem głową obserwując jak jej ręce wznoszą się do nieba, po czym opadają bezwładnie przy tułowiu.
Grzmot i błyskawica. Kylie niespodziewanie odwróciła się w moją stronę, jakby dopiero teraz zdają sobie sprawę z mojej obecności. Ale czy mogłem ją winić? Od początku byłem jedynie jej cieniem. Gdziekolwiek znajdowała się ona, tam również musiałem znajdować się ja. Zawsze na uboczu. Zawsze poza zasięgiem zainteresowań, ale jednak niezmiennie obecny.
Uśmiechnęła się szeroko, choć deszcz z mocą atakował jej oczy. Oczy, w które patrząc nie mogłem uwierzyć, że był czas gdy z ignorancją podchodziłem do ich koloru. Teraz to wydawało się niemożliwe. Były wszak niebieskie. Ciemne niczym nocne niebo, roziskrzone jak miliony gwiazd. Okalane ciemnością jaką nie pogardziłoby samo piekło. Tak wesołe z psotnymi ognikami, a równocześnie skrywające okrutny sekret, tą wielką tajemnice, której ogrom zawsze rzucał cień na całokształt.
Tak, Kylie bez wątpienia miała niesamowite oczy. Pełne niedotrzymanych obietnic, przepełnione miłością, napełnione cierpieniem. Żywe, inteligentne, żądne nowych doznań, nieco leniwe, choć znacznie bardziej szalone. Pełne sprzeczności.
Zupełnie jak ich właścicielka.
-Chodź do mnie! - zawołała, przekrzykując wiatr i deszcz.
Nie czekała nawet na odpowiedź. Nim jeszcze podjąłem decyzję, ponownie się odwróciła. Zrobiła kilka kroków w bliżej nieokreślonym kierunku, po czym zakołysała lekko biodrami. A później zaczęła wirować i wirować. Sukienka, teraz zbyt ciężka od nadmiaru wody, jedynie przyległa do jej drobnego ciała. Buty co chwilę zbaczały z kursu, niejednokrotnie grożąc upadkiem. Włosy jak zwykle nieokrzesane wiły się wokół jej talii, między rękami, bądź po prostu przysłaniały twarz.
Pokręciłem głową, w dalszym ciągu obserwując jej wygłupy. Ludzie chowali się w domach, nadal słyszałem jak zatrzaskują się za nimi drzwi. Tymczasem Kylie jak gdyby nigdy nic wpadła w swój artystyczny nastrój i nie mogła przegapić okazji do zabawy. Artystka. Artystka bez duszy artystycznej, jak zwykła mawiać.
-No chodź! – powtórzyła.
Nie. Zażądała.
Więc ruszyłem w jej stronę. W myślach szykowałem już szereg sensownych argumentów mających skłonić ją do opuszczenia jezdni. Z nas dwojga to ja byłem rozumem. Kylie czuła. Kierowała się tylko i wyłącznie uczuciami. Kiedy była smutna to płakała i nie widziała problemu w tym, że ktoś widzi jej łzy. Kiedy była zadowolona to się śmiała, nawet jeśli sytuacja była na wskroś niestosowna do niepohamowanego wybuchu śmiechem. Kiedy miała dość całego świata, dawała to jasno do zrozumienia. Trzaskała drzwiami tuż przed moim nosem, krzyczała, że nienawidzi mnie i innych podłych ludzi, że życie tutaj jest dla niej największą katorgą. A gdy miała dość, po prostu milczała.
Gdzie w tym wszystkim byłem ja? Oczywiście znosiłem wszystkie te humorki w milczeniu. Pozwalałem bez słowa by mnie obrażała, bądź ignorowała. Zgadzałem się na wszystko, wiedząc, że taka jest istota Kylie.
I choć wmawiałem sobie, że rozumiem, tak naprawdę nie rozumiałem nic. Żadnego przepraszam, żadnego proszę, żadnego dziękuję.
-Dlaczego się zatrzymałeś?
Kylie zerknęła na mnie przelotnie i już widziałem jak na jej ustach formułuje się pełen niezadowolenia grymas. Grymas, który zniknął tak szybko jak się pojawił, bowiem dziewczyna błyskawicznie oceniła moje zachowanie.
Zbyt bardzo pochłonięci tańcem i rozmyśleniami, nie zauważyliśmy tego co najważniejsze. Błąd. Ja dostrzegłem to ledwie kilka sekund przed nią, ale to było już bez znaczenia.
Nie było sensu krzyczeć. Później zarzucałem sobie, że nie skoczyłem. To takie łatwe, mogłem ją uratować. Ale wówczas strach sparaliżował całe moje ciało. Potrafiłem jedynie patrzeć jak jej oczy rozszerzają się do granic możliwości w niemym przerażeniu. Obserwować jak jej usta otwierają się lekko jakby w cichym proteście. Widzieć, jak auto pędzące szosą w niewyobrażalnym tempie zbliża się do jej drobnego ciała. Słyszeć, pisk opon, krzyk, a może ten krzyk poprzedzało głuche uderzenie. Nie pamiętam. Czuć, krew, która w jednej chwili pojawiła się na moim ubraniu, na mojej twarzy.
A później był już tylko krzyk. Nie Kylie, lecz mój. Krzyk, krzyk, krzyk. Tak głośny i tak donośny. Mający na celu wyjawić światu tylko jedną tajemnice. Moje gardło po pewnym czasie przestało odmawiać posłuszeństwa, ale to mnie nie powstrzymało. Krzyczałem, niosąc w świat śmierć Kylie. Mojej miłości, mojej nienawiści, mojej nadziei. Mojej jedynej Kylie.



Choć pamięć o moim dawnym życiu niemal całkiem wyblakła, tamten dzień pamiętam doskonale. Była sobota, powoli zapadał zmierzch, a ja wracałem do domu. Deszcz od dłuższego czasu nie chciał ustąpić, więc i wtedy pogoda nie zachęcała do przebywania na dworze. A mimo to, ktoś się odważył. Miałem właśnie wjechać na most, gdy coś zmusiło mnie do opuszczenia auta. Tori stała za barierką, kołysząc się na piętach. Jeden nieuważny ruch, a spadłaby kilka metrów w dół, prosto w objęcia lodowatej wody. Na sobie miała doszczętnie przemoczoną sukienkę, która u góry opinała drobne ciało, u dołu zaś łopotała razem z wiatrem. Jej nogi natomiast, zdobiły czarne baleriny, teraz już całkiem zniszczone. Chciałem do niej podejść, przemówić do rozumu, ale w tym momencie ona się odwróciła. Jak za każdym razem nie mogłem powstrzymać zachwytu nad tą piękną istotą. Te wielkie szare oczy, przyozdobione granatowymi plamkami. Drobny nosek, kształtne usteczka, a wszystko to na idealnie porcelanowe twarzy, okalanej wodospadem różowych włosów. Uśmiechnęła się smutno, palcem jeżdżąc po mokrej barierce. Gdy w końcu otrząsnąłem się z szoku, podbiegłem do niej. Przez dłuższy czas nic nie mówiliśmy. Po prostu patrzyliśmy na siebie, aż w końcu Tori ponownie się odwróciła. - Tak bardzo chciałabym być wyjątkowa-szepnęła cicho, a słowa te od razu porwał wiatr. Dla mnie jesteś wyjątkowa, chciałem rzec jednak wiedziałem, że nie o to jej chodzi. Jedyną słabością Tori był pociąg do rzeczy nadnaturalnych. Pochodziła z Salem i jeśli wierzyć jej słowom za babkę miała znaną wszystkim wiedźmę Williams. Sama Tori zaś od początku naszej znajomości z bólem goryczy nie mogła znieść, iż jest tak po prostu zwyczajna. - Magia nie uczyni cię wyjątkową. Po prostu staniesz się inna-odparłem równie cicho. - Inna znaczy lepsza, wyjątkowa. - Uparcie broniła swego. - Dlaczego tu stoisz? Zmiana tematu była z mojej strony czystym tchórzostwem, lecz nie widziałem innego wyjścia. Tori wpadła w jeden ze swoich gorszych nastrojów, a to nigdy nigdy nie wróżyło dobrze. -Bo jestem smutna-odparła prosto. Objęła się ramionami i choć padał deszcz, widziałem, że płacze. -A ja nie chcę być smutna. I wiem, że ty czujesz to samo, bo my przecież jesteśmy tacy sami. Miała rację. Bez wątpienia byliśmy do siebie podobni. W niektórych momentach stawało się to nie do zniesienia. Widzieć swoje wady i słabości w drugiej osobie, nie było niczym przyjemnym. A jednak jedna rzecz nas od siebie różniła. - Ja nie chcę być wyjątkowy. - Chcesz, dlatego szukasz akceptacji w oczach innych ludzi. Nie miałem nic na swoją obronę. Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. Ona patrzyła przed siebie, najpewniej nie widząc nic prócz własnych myśli. Ja natomiast spoglądałem na jej włosy, delikatnie opadające na biodra. W świetle zachodzącego słońca ich różowy kolor stawał się bardziej intensywny, lecz również piękny. Nagle potężny grzmot zniszczył cały nastrój. Wyrwana z otępienia Tori zachwiała się niebezpiecznie i jedynie moje ręce oplatujące jej talie, powstrzymały katastrofę. Powoli, dziewczyna odwróciła się do mnie przodem. Długo patrzyła mi w oczy, a to sprawiło, że czułem się jeszcze bardziej bezbarwny. Przy niej byłem nikim, lecz ona była mną, gdzie więc jest logika? - Kochasz mnie?-zapytała. Nawet nie zliczę ile razy to pytanie padło z jej ust podczas naszej krótkiej znajomości. Chciała wiedzieć co do niej czuję, karmiła się moją miłością. -Na wieki. Kiwnęła głową, zadowolona z odpowiedzi. A zaraz po tym złączyła nasze usta w pocałunku, który jednak skończył się zanim jeszcze na dobre się zaczął. - Alexander, mój Alexander. I to również była prawda. Należałem do niej, choć ona nigdy nie należała do mnie. Skoczyła. Tak po prostu. Najpierw była w moich ramionach, a chwilę potem już nie. Do dziś nie wiem jak mogłem ją puścić bez walki. Tori Williams przez ułamek sekundy leciała wolna niczym ptak, by następnie uderzyć w taflę wody. Było ciemno, deszcz mącił wzrok, ale nigdy nie zapomnę tego widoku. Sukienki rozłożonej na wodzie, aureoli różowych włosów i tego smutnego uśmiechu. Tak właśnie Tori zniknęła z mojego życia. Tori, która nigdy nie czuła się szczęśliwa. Tori, która była taka jak ja, a równocześnie posiadała wszystko to, czego mi brak. Tori, która w pogoni za wyjątkowością straciła siebie, straciła mnie. Tori, która brała miłość, lecz nigdy jej nie oddawała. Tori, która łaknęła podziwu, lecz nigdy się nim nie dzieliła. Tori, która miała mnie, choć ja nigdy nie miałem jej. 
Tori, która była mną, a ja byłem nią. I przez to umarłem również ja.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz