piątek, 22 lutego 2019

Margeary 1

Opadłam na łóżko, wzdychając ciężko.
Westchnienie to zamieniło się w cichy okrzyk bólu, gdy tylko moje plecy zetknęły się ze stosem wieszaków, guzików i suwaków. Bo przecież kto powiedział, że szafę ma stanowić mebel do tego przeznaczony? Wszak łóżko nadawało się do tego znakomicie. A już zwłaszcza jeśli za niespełna dwie godziny miałam się pojawić na domówce u Angie i jak do tej pory nie znalazłam niczego co mogłoby się nadawać na taką okazję. Bądźmy szczerzy, w ostatnim czasie nie byłam typem imprezowiczki, zaś moje ubrania należały do praktycznych i no cóż, raczej ponurych.
-Mare, daj spokój.
-Odejdź - jęknęłam, nie patrząc w stronę głosu. Nawet nie łudziłam się, że posłucha, ale przynajmniej wypadało żebym wyraziła jakikolwiek sprzeciw. Tak wiecie, by zgrywać osobę zupełnie zrównoważoną.
Kogo ja chcę oszukać. Nie byłam zrównoważona. Właściwie to ostatnie co mogłoby się ze mną kojarzyć.
-Wiem, że uwielbiasz wielkie wejścia, ale jeśli się nie streszczysz to przegapisz całą zabawę, nie tylko jej początek.
-To wszystko twoja wina - fuknęłam i podniosłam się do pozycji siedzącej. Przed moją twarzą od razu pojawiła się twarz rozbawionego Theo.
-Chcesz powiedzieć, że to ja zmusiłem cię do kupienia tych okropnych ubrań?
Chciałam odpowiedzieć czymś równie opryskliwym, tak by rozładować napięcie, ale gdy tylko otworzyłam usta, dotarło do mnie, że jestem bez szans. Przekręciłam głowę tak by w zasięgu mojego wzroku znajdowała się jedynie pusta ściana i zrobiłam kilka płytkich oddechów, na uspokojenie. Za każdym razem, gdy już myślałam, że godzę się z nowym porządkiem rzeczy, jakaś drobnostka sprawiała, iż cała ta nadzieja pryskała jak bańka mydlana. Niemożliwym było pogodzenie się z tym. Mogłam tylko dryfować na granicy zaprzeczenia i akceptacji, nigdy nie sięgając do żadnego wariantu.
-Pudełko na szafie.
Zaskoczona ponownie spojrzałam na Theo.
-Co z nim?
-Zadajesz niewłaściwe pytania. Poprawne brzmi: co się w nim znajduje?
-Wiem co się w nim znajduje - powiedziałam nieco ostrzej niż zamierzałam, jednak Theo wcale nie wyglądał na urażonego.
Jak zawsze obdarzał mnie nieskończonymi pokładami cierpliwości. To jedno nie uległo zmianie i nie miałam pojęcia co mogłoby się stać by do tego doszło. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem.
-W takim razie dlaczego jeszcze go nie otworzyłaś?
-Bo nie chcę! - Dobra, okej. To może nie była szczególnie dyplomatyczna odpowiedź.
Wyszłam też na osobę raczej mało asertywną, bo gdy tylko wygłosiłam swoje zdanie, od razu podeszłam do szafy i zdjęłam z niej to nieszczęsne pudełko. Na wieku zebrała się już gruba warstwa kurzu i aż nie mogłam uwierzyć, że od czasu gdy ostatni raz po nie sięgnęłam minęło zaledwie trzy miesiące.
Ledwie rzuciłam okiem na zawartość pudełka, zmuszając się jedynie do wyciągnięcia tej jednej konkretnej rzeczy. Sukienka była miękka w dotyku, szmaragdowy materiał niemal przelewał mi się przez palce. Tylko raz miałam okazję ją na siebie włożyć, co nie znaczy, że jej stan był idealny. W lewym dolnym rogu, jeśli tylko dobrze się przyjrzeć, można było zauważyć plamę po drinku, którym oblał mnie Theo. Przepraszam, według jego wersji wydarzeń, to ja na niego wpadłam i to ja rozlałam jego drogocenny trunek. To oczywiste, że nie chciał przyznać się do zniszczenia sukienki, którą przecież to sam mi kupił.
-Nie jestem przekonana - miałam już odłożyć sukienkę z powrotem do pudełka, ale wtedy też pudełko odsunęło się z zasięgu mojej ręki. - Theo!
-To nie ja - chłopak uniósł do góry ręce w poddańczym geście. - Sama to zrobiłaś, bo podświadomie wiesz, że powinnaś ją na siebie ubrać. To znak.
-Tak, bo wszechświat nie ma nic ciekawszego do roboty, niż tylko uświadamiać mi jaką kreację powinnam włożyć na imprezę do przyjaciółki.
-Tłumacz to sobie jak chcesz, ale najpierw idź się przebrać.
Przewracając oczami weszłam za parawan, pospiesznie zamieniając dresy na sukienkę. Ledwie zapięłam suwak i od razu poczułam się jak nie ja. Znaczy nie jak nowa ja, bo jeszcze rok temu występowałam w podobnych strojach niemal co weekend. Teraz natomiast miałam wrażenie, że wyglądam po prostu śmiesznie. Sukienka ściśle przylegała do mojego ciała, a jej krój pozwalał wierzyć obserwatorom, że mam nieco węższą talię i większe piersi, do tego optycznie wydłużał moje i taki długie nogi.
-Pokażesz się czy mam tu czekać do śmierci?
-Ha ha - fuknęłam ironicznie. - Bardzo zabawne.
-No już, Mare. Rozchmurz się! Idziesz się bawić, dość tego smęcenia!
Westchnęłam, próbując odciąć się od swojego parszywego nastroju i z nieco wymuszonym uśmiechem wyszłam zza parawanu. Nie było jak w tych wszystkich dennych filmach. Theo wcale nie znieruchomiał, śliniąc się na mój widok. Zamiast tego zlustrował mnie od góry do dołu, kiwając głową z pełnym profesjonalizmem.
-Wiedziałem co robię, wybierając dla ciebie tą sukienkę - był pełen uznania, dla samego siebie rzecz jasna.
-Mogę podbić świat! - rzuciłam z absurdalną ilością optymizmu.
-Jasne, ale na pewno nie boso. I przestań się tak garbić, gdzie twoja pewność siebie?
-Umarła - odpowiedziałam patrząc na niego z wyrzutem.
-Wcale nie, dalej tu jest. Nie potrafisz tylko z niej odpowiednio korzystać. 
Spojrzałam na niego uważnie. Wyglądał tak jak zawsze, nic się nie zmieniło. I w tej jednej sekundzie mogłam szczerze uwierzyć w jego zapewnienie.
-Nie idziesz z mną, prawda?
-Zawsze jestem z tobą.
-Robisz się strasznie ckliwy - uśmiechnęłam się, tym razem szczerze. - W porządku, możesz tu zostać, ale jeśli wrócę i znajdę cię buszującego w mojej bieliźnie...
-Mare...to było dziewięć lat temu i oboje wiemy, że nie interesowała mnie twoja bielizna tylko zapas żelków, który pod nią chowałaś. Teraz co najwyżej mogę tam szukać kondomów, a uwierz, wcale tego nie potrzebuję.
-Jesteś okropny!
Minęłam go i podeszłam do toaletki. Makijaż zdążyłam zrobić już wcześniej, jednak moje włosy wymagały konkretnego czesania. Chyba nie doczekam dnia by nie wyglądały jak stos siana, lub też jak mówił Theo gniazda dla ptaków. W akcie desperacji zaplotłam je w niedbałego francuza opadającego na prawe ramię. Może nie była to najlepsza możliwa fryzura, ale przecież nie wybierałam się na uroczystą kolację. Po godzinie tańczenia nawet najładniejszy warkocz przemieniłby się w coś takiego.
-Wrócę jutro w południe - powiadomiłam go jeszcze przed wyjściem.
-Zanudzę się przecież na śmierć - zrobił naburmuszoną minę i ostrożnie przysiadł na jedynym czystym kawałku łóżka.
-Mógłbyś tu trochę posprzątać - zasugerowałam, ale gdy tylko te słowa padły z moich ust od razu ich pożałowałam. To, że wmawiałam sobie jak bardzo normalna jest ta sytuacja, wcale nie znaczyło, że to prawda.
-Nigdy tego nie robiłem i zapewniam, że tym razem nie postąpię inaczej.
Zrobiłam krok w jego stronę, a później dwa w stronę drzwi. Może i najmocniej na świecie pragnęłam go przytulić, ale miałam świadomość jak katastrofalnie niosłoby to za sobą skutki. Dlatego dla pewności trzymałam się na dystans.
-Jutro - powtórzyłam jak obietnicę.

Dom Angie był naprawdę imponujących rozmiarów, nie wspominając już o otaczającym go terenie mieszczącym w sobie basen, kort tenisowy i cudownie urządzony ogród. To właśnie w tym ogrodzie przeżyłam swój pierwszy pocałunek. Fakt, całowałam się z Theo. Fakt, był to jedynie eksperyment, bo tak naprawdę nigdy nie łączyło nas nic więcej niż przyjaźń. Fakt, później Angie nie mogła przestać się śmiać, że na tak głupi test wybraliśmy sobie tak oklepanie romantyczne miejsce. Ale co z tego? Kochałam tamto wspomnienie. Później rzecz jasna całowałam się z innymi chłopakami, niektórzy podobali mi się bardziej, niektórzy mniej. Jednak to było tylko blade tło dla tego pierwszego pocałunku.
Otrząsnęłam się z nawałnicy wspomnieć i z nieco wymuszoną swobodą ruszyłam marmurowymi schodkami do drzwi frontowych. Nie zawracałam sobie głowy czekaniem aż ktoś mi otworzy i pokieruje. Znałam ten dom równie dobrze jak swój własny, przebywałam tu momentami częściej niż u siebie. To nic, że w ciągu ostatniego roku przekroczyłam ten próg ledwie kilka razy, bo teraz robiąc to czułam się tak jak dawniej.
Mile zaskoczona tym odkryciem nie musiałam już udawać, że dobrze się tutaj bawię. Zupełnie rozluźniona weszłam do dużego salonu, gdzie dopiero zbierali się goście. Od razu wychwyciłam w tłumie Angie. Z gracją lawirowała między ludźmi, z każdym zamieniając słowo, śmiejąc się, nie raz flirtując. Była w swoim żywiole. Właśnie odeszła od kilku chłopaków, których mniej więcej kojarzyłam z naszej szkoły, i wtedy z szeroko otwartymi oczami spojrzała w moją stronę. Z szybkością na jaką pozwalały jej wysokie szpilki, podbiegła, zarzucając mi ręce na szyję.
-Przyszłaś!
-Dlaczego miałabym nie przyjść?
Obie znałyśmy odpowiedź. Obie też wiedziałyśmy, że nie przyszłam na żadną jej domówkę od niespełna roku. Ale to nie miało już dla niej znaczenia, cieszyła się, że teraz przyszłam i nie zamierzała wciągać mnie w dyskusje, których nie zamierzałam prowadzić. Po prostu przyjęła nowy porządek rzeczy, nie dociekając przyczyn. Za to ją kochałam.
-To będzie świetna impreza! - Uniosła w górę zaciśniętą pięść jakby na znak zwycięstwa.
-Nie ma innej opcji, nie na darmo tu przyszłam.
Pociągnęła mnie w stronę kuchni, gdzie nie tylko było nieco spokojniej, ale też na blacie znajdowała się naprawdę olbrzymia kolekcja alkoholi. Mogłam przebierać w smakach, kolorach i rodzajach, jednak jak na damę przystało wpierw sięgnęłam po piwo.
-Typowe, Mare - Angie skrzywiła teatralnie nos. Moja przyjaciółka może i była kochana, ale też wychowana w dość niecodziennych przekonaniach. Nie piła piw tylko drogie, kolorowe i mało kaloryczne drinki.
-Zanim zrobisz sobie drinka ja osiągnę pożądany stan zamroczenia - dla podkreślenia swoich słów pociągnęłam kolejnego łyka gorzkiej cieczy.
-Ale to ja wyjdę na kobietę z klasą - błysk w jej oku pozwolił mi myśleć, że tylko żartuje.
-Twoje zdrowie, Angie!
Dziewczyna przewróciła oczami. Byłyśmy tak skrajnie różne i chyba właśnie dlatego tak dobrze się dogadywałyśmy. Angela rzeczywiście miała klasę. Była śliczna, bogata, dobrze wychowana, jej imprezy nigdy nie kończyły się burdą. Ja natomiast o wszystko co miałam musiałam zawalczyć. Nie spałam na pieniądzach, o teraz już nieistniejący prestiż też długo zabiegałam, a i nie dało się ukryć, że tak wiele zyskałam tylko za względu na Theo. Wszak on również należał do świata pięknych i bogatych, ja zaś dzięki niemu mogłam się w ten świat wdrożyć i w pewien sposób stać się jego częścią. Co nie zmienia faktu, że gdzieś tam zawsze miałam poczucie, iż tak naprawdę wcale do tego nie pasuję.
-Muszę wracać do gości - Angie rzuciła mi przepraszające spojrzenie.
-Ja jestem gościem.
-Jesteś u siebie, Mare. To zawsze jest twoje miejsce, wiesz o tym?
-Już nie - może i byłam u siebie, ale już tutaj nie pasowałam.
-Kochamy cię dla ciebie samej - zapewniła, świetnie rozumiejąc co mam na myśli. - Należysz do nas, nic się nie zmieniło.
Spojrzałam na nią ze złością. Wcale nie chciałam o tym teraz rozmawiać. Właściwie byłam gotowa jej to natychmiast wygarnąć, ale coś w jej postawie kazało mi trochę przystopować. Angie jakby zapadła się w sobie pod moim spojrzeniem. Nie była pewna czego się po mnie spodziewać, nie chciała naciskać, a jednak czuła, że tak właśnie należy. Była po mojej stronie nawet jeśli trochę się bała.
-Więc dlaczego jesteś tutaj tylko ty? - Dopiero zadając pytanie zrozumiałam jak brutalnie brzmi. Nie było tutaj tylko jej, była aż ona. To więcej niż mogłam oczekiwać. A jednak ciągnęłam dalej. - Gdzie się podziali Kate, Andrew, Daisy i Alex?
-To ty ich odrzuciłaś - przyjaciółka przestąpiła z nogi na nogę, wyraźny znak, że chce jak najszybciej stąd zniknąć. - I to ty musisz wrócić. Oni nigdzie nie odeszli, dalej czekają.
Z tymi słowami opuściła kuchnię. Zostałam sama z niedopitym piwem i tak naprawdę sama już nie wiedziałam czego chcę. Wychodząc z domu zależało mi tylko na dobrej zabawie, miałam jasno zarysowane priorytety. Natomiast na ten moment czułam tylko i wyłącznie rozgoryczenie. Powrót okazał się trudniejszy niż przypuszczałam. Nie mogłam tak po prostu wejść i zapomnieć o tym co było. Musiałam pogodzić się z nowym stanem rzeczy, zaakceptować rzeczywistość. Tylko wtedy naprawdę ruszę naprzód. Tylko co jeśli wcale tego nie chciałam?
Jeszcze raz zerknęłam na trzymany w ręku trunek i znalazłam tymczasowe rozwiązanie mojego problemu. Byłam tylko nastolatką, okej? Alkohol stanowił nieodłączną część mojego na wpół dorosłego życia. Dlatego też pogrzebałam chwilę w szafkach (teoretycznie mieliśmy korzystać z plastikowych kubeczków, a używanie czegokolwiek szklanego było surowo zabronione, ale przecież Angie sama powiedziała, że jestem u siebie, więc takie było moje pierwsze rozporządzenie - wódka tylko z kieliszków) i co za niespodzianka wyciągnęłam kieliszek. Cztery szoty i jedno piwo później czułam, że mogę rozpocząć zabawę.
A raczej będę mogła, gdy tylko odzyskam równowagę na tyle by z gracją przejść do głównego salonu, gdzie w najlepsze toczyła się impreza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz